Jak Oszczędzać: Ciąć Wydatki czy Zwiększać Dochody?

Wiemy już, że oszczędzanie jest niezmiernie ważne. Wiemy też, jak nie oszczędzać. Teraz wreszcie zajmiemy się tym, co tygryski ciekawi najbardziej, czyli jak więcej oszczędzać. Cóż, wyjścia są dwa. Aby zwiększyć swoje oszczędności, musicie albo zredukować swoje wydatki, albo zwiększyć swoje dochody. Proste, prawda? Ale co jest lepsze? Jak to się mówi, trwa spór w doktrynie – w tym wpisie postaramy się rozwikłać ten jeden z największych sporów w finansach osobistych.

Lepiej zwiększać dochody czy ciąć wydatki?

Dlaczego lepiej ciąć wydatki?

Jedni rabini twierdzą, że lepiej ciąć wydatki. Dlaczego? Redukcja wydatków nie tylko bowiem powiększa twoje oszczędności każdego miesiąca, ale także zmniejsza ilość potrzebnego kapitału na utrzymanie twojego standardu życia na emeryturze. Zamiast inflacji stylu życia mamy tutaj deflację stylu życia. Czyli oszczędzasz więcej, a musisz odłożyć mniej, co oznacza, że cały proces zajmie ci mniej czasu.

Rozważmy przykład. Załóżmy, że zarabiasz 3 kafle, a wydajesz 2,5 kafla miesięcznie. Oszczędzasz zatem 500 zł, co oznacza, że przy twoich wydatkach musisz oszczędzać 5 miesięcy na jednomiesięczny bezpłatny urlop (zakładamy brak odsetek czy dywidend jakichkolwiek). Załóżmy teraz, że tniesz wydatki do 2 kafli miesięcznie, czyli oszczędzasz teraz 1000 zł miesięcznie. Ponieważ twoje koszty utrzymania spadły do 2 tysięcy zł, oznacza to, że musisz oszczędzać teraz nie 5 miesiący, ale tylko 2 miesiące! Magia, co?

            Do tego warto pamiętać, że gdy nie wydajesz np. 15 zł na kawę w starbuniu, to nie oszczędzasz 15 zł, ale znacznie więcej, bo 15 zł zainwestowane nawet na niewielki procent po kilkudziesięciu latach urasta do znacznie więcej kwoty. Po 30 latach na 4 procent te 15 zł przekształca się w prawie 50 zł.

Dlaczego lepiej zwiększać dochody?

Konkurencyjna szkoła talmudyczna twierdzi, że dużo lepszym pomysłem na wzrost oszczędności jest powiększanie dochodów. Dlaczego? Cóż, dochody można teoretycznie zwiększać w nieskończoność, sky is the limit. Oczywiście, z tą nieskończonością to trochę przesada, ale potencjał jest zdecydowanie większy niż przy cięciu wydatków, zwłaszcza przy niskim poziomie życia. Rozważmy przykład. Jeśli ktoś zarabia pensję minimalną, to dostaje na rękę nieco ponad 1900 zł. Załóżmy, że taka osoba ma wynajmowany pokój i inne stałe opłaty wydaje 1000 zł. Oznacza to, że na tzw. życie zostaje 900 zł. A jeść coś trzeba. Oczywiście, nawet z tej sumy da się coś odłożyć, ale nie oszukujmy się: nie będą to porażające sumy. A jeśli chcemy nie tylko oszczędzać, ale także prowadzić zdrowy tryb życia i mieć kiedyś komfort życia cokolwiek większy niż studencki to jednak jedynym sensownym rozwiązaniem jest powiększanie dochodów.

            Poza tym wzrost dochód umożliwia nam zwiększenie naszego standardu życia, zaś redukcja wydatków to tylko (albo aż!) odłożenie konsumpcji w przyszłość.

Wzrost dochodów jest ważny z jeszcze jednego powodu. Umożliwia nam dokonywanie inwestycji w swój kapitał ludzki i rozwijanie cenionych umiejętności na rynku pracy, dzięki czemu w przyszłości będziemy mogli zarabiać jeszcze więcej. Gdy będziemy zawsze za wszelką cenę oszczędzać – w tym kosztem niezbędnych inwestycji w siebie – to możemy obniżyć swój potencjał do powiększania oszczędności w długim terminie (o tym, jak nie oszczędzać, pisaliśmy tutaj).

Wielka Synteza

Część z Was pewnie już spostrzegła, że powyższa debata nie ma specjalnie sensu. Odpowiedź na pytanie „czy lepiej ciąć wydatki, czy zwiększać dochody” zależy od sytuacji, w której jesteśmy. Jeśli jesteśmy studentami, którzy zarabiają pensję minimalną i mieszkają w piątkę w kuchni, to odpowiedź jest prosta: powiększanie dochodów. Bo dochody są bardzo niskie, a wydatki jeszcze niższe, więc nie ma za bardzo z czego ciąć. Jeśli zaś jesteśmy menedżerami wyższego szczebla w korpo i zarabiamy już bardzo dużo, ale dopadła nas inflacja stylu życia (o inflacji stylu życia napiszemy niebawem) i nasze wydatki są również bardzo wysokie, to odpowiedź też nasuwa się sama: cięcie wydatków.

            Powyższa debata nie ma sensu z jeszcze jednego powodu. Bo tak naprawdę obie strony mają rację. Albo w sumie nikt nie ma racji i wszyscy się mylą. Kluczem do powiększania oszczędności jest bowiem jednoczesne powiększanie dochodów oraz cięcie wydatków. Nawet nie tyle cięcie wydatków, co trzymanie ich w ryzach, aby nie dopuścić do inflacji stylu życia. Co ważne, w sumie wydatki mogą nawet wzrastać wraz z dochodami – ważne jednak, aby nie wzrastały w tym samym tempie co dochody. Czyli wydatki mogą nawet wzrastać w wymiarze absolutnym – ważne, aby spadały jako procent dochodów.

            Wróćmy do naszego przykładu osoby, która zarabia 3 kafle, a wydaje 2,5 tysiące, czyli oszczędza 500 zł, czyli 16,66 proc. zarobków. Załóżmy teraz, że zaczyna zarabiać 4000 tysiące, czyli o jedną trzecią więcej. Przy niezmienionych wydatkach, będzie to oznaczać 1500 zł oszczędności, czyli 37,5 proc. Jeśli wydatki wzrosną do 3 tysięcy, czyli o 20 proc., to stopa oszczędności i tak wzrośnie do 25 proc. Wzrost dochodów przekłada się w takiej sytuacji jednocześnie na powiększenie standardu życia oraz zwiększenie stopy oszczędności – czyli prawdopodobnie najzdrowszą kombinację w długim okresie. Ważne tutaj, aby nie pozwolić na inflację stylu życia – jeśli wydatki wzrosłyby również o tysiąc złotych, czyli jeśliby całą podwyżkę konsumowali, to wtedy nasza stopa oszczędności spadłaby do 12,5 procent!

            Podsumowując: najlepiej systematycznie powiększać dochody (jednak do momentu, w którym byśmy musieli sprzedać swoją duszę), trzymając jednocześnie wydatki w ryzach. Prawda, że proste? 🙂

Samochód – czy i jaki warto?

Zastanawialiśmy się, czy w ogóle zabierać się za ten temat. Ostatecznie nie jesteśmy szczególnie dobrymi specjalistami w dziedzinie motoryzacji. Arkadiusz nie ma w ogóle własnego samochodu, a ja przez całe życie mam dopiero drugi, a oba typowo użytkowe. Jednak dla wielu osób wydatki związane z samochodem są istotną częścią domowego budżetu, a sam zakup auta – jednym z bardziej znaczących wydatków – może nie w życiu, ale w okresie kilku lat – na pewno.

Pierwsze pytanie, jakie powinieneś sobie zadać przed wyprawą do salonu albo uruchomieniem strony z ogłoszeniami brzmi: czy ja w ogóle potrzebuję samochodu?

Sam takie pytanie sobie zadawałem mając już własny pojazd. Mieszkałem wtedy w samym centrum Warszawy. Do pracy chodziliśmy z żoną pieszo. Nie mieliśmy dzieci, które trzeba zawozić do przedszkola albo na zajęcia sportowe. A kiedy już potrzebowaliśmy wrócić z knajpy późno wieczorem – wejście Ubera na rynek spowodowało taki spadek cen, że koszt powrotu dwóch osób był zwykle niższy niż koszt jednego drinka. Jedynym powodem, dla którego samochód był nam potrzebny były regularne wizyty u rodziny w odległych miastach. Zastanów się, czy Twoja sytuacja nie jest podobna. Może naprawdę taniej jest użyć taksówki, car-sharingu, czy nawet komunikacji publicznej (której osobiście nie lubię, ale czasem jest niezbędna)? Może warto zainwestować w znacznie tańszą od samochodu hulajnogę elektryczną, którą możesz złożyć i zabrać ze sobą do sklepu czy biura?

No dobrze. Jednak potrzebujesz samochodu. Jakie w takim razie są opcje?

  1. Zakup za gotówkę
  2. Zakup na kredyt
  3. Leasing
  4. Najem długoterminowy / leasing z wysoką wartością końcową

Ad 1.

Najbardziej rozsądna opcja, jeśli nie prowadzisz działalności gospodarczej i samochód nie będzie Twoim narzędziem pracy.

Jaki drogi samochód kupić? Moim zdaniem wartość Twoich od 3 do 6 pensji to rozsądny przedział. Brzmi na niewiele? Może tak, ale pomyśl nad tym w inny sposób. Czy chcesz ponad pół roku swojej pracy przeznaczyć na przedmiot, który będzie generował koszty i systematycznie tracił na wartości? Pamiętaj też, że sam koszt zakupu to nie wszystko – trzeba doliczyć naprawy (wcale nie takie tanie; zaraz po zakupie na pewno będzie potrzebny większy serwis, a ), przeglądy, zakup i wymiany opon, ubezpieczenie (uogólniając: tym droższe, im droższy samochód), parkingi, myjnie… Jest tego trochę. Poza tym – im droższy samochód, tym bardziej będziesz stresował się, czy nie zostanie skradziony, uszkodzony. Po co dokładać sobie stresów?

Nowy czy używany? Stosując kryterium trzech pensji, odpowiedź dla większości z nas jest już oczywista J Nowy samochód ma oczywiście pewne zalety: ma gwarancję, znasz jego historię i przy odpowiedniej eksploatacji powinien posłużyć jeszcze wiele lat. Wady? Przede wszystkim ogromna utrata wartości w pierwszych latach i wysokie koszty eksploatacji (pamiętam, że kiedy kolega pokazał mi fakturę za wymianę klocków i tarcz hamulcowych w jego nowym BMW, prawie spadłem z krzesła).

Samochód używany też oczywiście może być skarbonką bez dna. Dlatego ryzykownie jest kupować auta znane z wysokich kosztów eksploatacji i napraw (zdobycie takiej wiedzy to kwestia kilkunastu minut w internecie, zrób research, zanim wydasz ciężko zarobione pieniądze!). Raczej nie poluj na „okazje cenowe” – czasem lepiej przepłacić za pojazd, ale w zamian mieć pewność co do jego historii. Jeśli nie znasz się na samochodach (ja na przykład się nie znam) warto poprosić o pomoc w zakupie kogoś zaufanego i bardziej doświadczonego, ewentualnie przed transakcją pojechać do warsztatu samochodowego.

Ad 2.

Skoro nie stać Cię, żeby zapłacić za samochód 10.000 zł, to czy stać Cię, aby zapłacić 15.000 zł za dokładnie ten sam pojazd, tyle że w ratach? Pamiętaj również, że skończysz go spłacać za kilka lat, kiedy będzie już wart o wiele mniej. Samochód (prawie każdy) traci na wartości. Jest dobrem typowo konsumpcyjnym. Moim zdaniem nie warto.

Ad 3.

Leasing nowego auta ma pewien sens wtedy, kiedy prowadzisz działalność gospodarczą. Będziesz miał prawo do odliczania części kosztów leasingu i części podatku VAT (aczkolwiek rząd w ostatnich latach systematycznie stara się ograniczać możliwości odliczeń – nie będę się zagłębiać tutaj w szczegóły dotyczące tego, jak rozliczać koszty pojazdu).

Jednak nie dajmy się zwariować – to, że możesz wrzucić ratę leasingową w koszty i obniżyć płacone podatki NIE ZNACZY, że zarabiasz (niby to oczywiste, ale znałem ludzi, którzy twierdzili, że jest na odwrót). I tak wydajesz pieniądze, i tak masz zobowiązanie do spłaty każdego miesiąca raty za przedmiot, który nieubłaganie traci na wartości. Jeśli przejeżdżasz dziesiątki tysięcy kilometrów rocznie i dzięki temu zarabiasz, potrzebujesz niezawodności i komfortu – taki wydatek ma oczywiście sens. Jeśli bierzesz auto w leasing tylko po to, żeby sąsiad zazdrościł nowego wozu i żeby pojechać raz w tygodniu do marketu – chyba nie warto.

Ad 4.

Najem długoterminowy (czy też leasing z wysoką wartością końcową) to z kolei twór jeszcze bardziej podstępny. Możesz cieszyć się samochodem niezłej klasy płacąc znacznie niższą ratę niż w przypadku typowego leasingu. Pamiętaj, jednak że pod koniec umowy zostajesz z wyborem – zakupić pojazd za relatywnie wysoką cenę albo… oddać go dealerowi i zostać z niczym, choć przez 2 lub 3 lata każdego miesiąca z Twojego konta ubywała niezła sumka. Zanim sięgniesz po taki leasing, pomyśl o złych scenariuszach – pieniądze wydajesz i tak, ale co wtedy, gdy stracisz pracę? Samochód kupiony za gotówkę pozostanie Twoją własnością. Gdy przestaniesz spłacać raty, komornik błyskawicznie sięgnie po Twój wymarzony pojazd. Dodatkowym argumentem przeciwko takiemu leasingowi, który przemawia przynajmniej do mnie, jest fakt, że wartość odkupu zależy w pewnym stopniu od przebiegu i stanu pojazdu na koniec umowy. Po pierwsze – nie lubię deklarować się i ograniczać na przyszłość. A może zechcę pojechać do Portugalii i z powrotem? Po drugie, jeśli mam się denerwować każdą ryską i wgnieceniem – to wolę nie.

Na koniec opowiem Wam osobistą anegdotkę. Jak wiecie, pracowałem wiele lat w bankowości inwestycyjnej. Oglądaliście „Wilka z Wall Street”? W Polsce nie wygląda to AŻ tak, ale da się odczuć pewne echa tamtego świata. Zegarki warte kilka (albo kilkanaście) średnich krajowych. Buty szyte na miarę we Włoszech. Samochody… Domyślacie się pewnie, że raczej nowe, szybkie i marek premium. W dużej mierze po to, aby klienci obracający ogromnymi pieniędzmi nie pomyśleli, że mają do czynienia z kimś niepoważnym. A ja? Przez cały czas mojej pracy miałem jeden samochód – kilkunastoletnią Hondę wartą… No, delikatnie mówiąc – bardzo niewiele wartą. Kiedy sprzedałem ją niedawno studentowi z Ukrainy, nie wystarczyło mi nawet na mebelki do pokoju dziecięcego. I wiecie, jaki wpływ miało to na moją karierę? Żaden. Koledzy czasem się pośmiali z Hondy, ja pośmiałem się razem z nimi. Klienci? Większość z nich nawet nie zauważała, czym przyjeżdża doradca. A ja miałem komfort psychiczny wiedząc, że po pierwsze znam na wylot bolączki auta i raczej nie zaskoczy mnie duża awaria, a po drugie – ani trochę nie stresuję się zostawiając pojazd na parkingu. Zarysują? Trudno. A kręcący się pod Dworcem Centralnym samozwańczy „parkingowi” pobierający „złotóweczkę za popilnowanie” nawet do mnie nie podchodzili, nie spodziewając się chyba, że mogę być wypłacalny.

Czy na pewno potrzebujesz zatem tego nowego, fajnego samochodu?

Dbajmy o higienę… finansową!

W dawnych czasach ludzie bardzo rzadko się myli. Wielu sądziło, że kąpiel nadmiernie wygładza skórę i otwiera pory, przez co człowiek miał się stawać bardziej podatny na choroby. Królowa Elżbieta zbuntowała się tym zabobonom – i kąpała się raz w miesiącu!

            Od tamtych czasów dokonaliśmy z pewnością niebywałego postępu jeśli chodzi o higienę osobistą. Codziennie bierzemy prysznic, kilkukrotnie myjemy zęby itd. Obecna epidemia jeszcze bardziej uświadomiła nam, jak ważna jest higiena. Teraz jeszcze częściej i dokładniej myjemy ręce. Niektórzy wychodzą z domu tylko w maseczce i rękawiczkach. Po powrocie do mieszkania dezynfekujemy ręce. I później wielokrotnie je jeszcze myjemy mydłem. Wszystko to jest piękne i chwalebne!

            Ale czy w takim samym stopniu dbamy o naszą higienę… finansową? Zastanawiasz się, o co chodzi i jak to zrobić? Już służymy pomocą! Użytecznych zasad jest pełno, od drobniejszych porad typu „nie rób zakupów na głodniaka i bez listy” po te poważniejsze. Skupmy się tutaj na tych podstawowych

  1. Postaw diagnozę, czyli dowiedz się, na co wydajesz pieniądze. Marcin Iwuć cytuje często Johna C. Maxwella, który napisał „Zrobić budżet, to wskazać swoim pieniądzom, dokąd mają iść, zamiast się zastanawiać, gdzie się rozeszły”. Gdy nie wiesz ile i na co wydajesz, to nie poprawisz specjalnie swojej sytuacji. Aby wiedzieć, którędy podążać, musisz wiedzieć, gdzie się znajdujesz. Lekarz przed leczeniem najpierw stawia diagnozę. Dlatego zrób budżet (poświęcimy temu zagadnieniu osobny wpis).
  2. Niech zdrowie będzie najważniejsze, czyli płać najpierw sobie. Nie chcesz robić budżetu, bo tak jak ja, jesteś leniwy? Dobrze, nie musisz. Budżet jest tylko narzędziem, mającym umożliwić Ci większe oszczędności. Możesz więc od razu przeskoczyć ten etap, ale tylko jeśli ustawisz sobie stałe zlecenie na konto oszczędnościowe. Tuż po tym, jak wpływa na Twoje konto pensja. Czyli płać najpierw sobie! Tak jak pierwszą rzeczą po obudzeniu się jest prysznic i mycie zębów, tak pierwszą rzeczą po otrzymaniu pensji powinno być wpłacenie określonego procentu na konto oszczędnościowe. Im wyższego, tym oczywiście lepiej, ale zacznij od 10 proc., może być teraz nawet 5 proc. albo nawet 1 proc. (z perspektywą zwiększania tej wartości, jak już się przekonasz, że za 99 proc. pensji też jesteś w stanie przeżyć), ale płać najpierw sobie, bo inaczej zawsze wydasz wszystko to, co wpływa Ci na konto.
  3. Wydawaj higienicznie, czyli mniej niż zarabiasz. Jeżeli chcesz schudnąć, to musisz przyjąć mniej kalorii niż spalić (to jest oczywiście pewne uproszczenie, ale w końcu to nie blog dietetyczny). Podobnie z finansami osobistymi. Jeśli będziesz wydawać wszystko co zarabiasz (albo, nie daj Boże, nawet więcej), to nie osiągniesz majątku, nie zbudujesz ani nie nabędziesz odporności finansowej. Jeśli nie będziesz kontrolować wydatków, nie powstrzymasz inflacji stylu życia. Ważne jest to nie ile pieniędzy zarabiasz, ale ile zatrzymujesz!  Kontroli wydatków służy właśnie budżet. Ale zauważ, że jeśli będziesz płacić najpierw sobie, to automatycznie będziesz wydawać mniej niż zarabiasz! Jakąkolwiek metodę wybierzesz (przy czym one się nie wykluczają, a najlepiej je łączyć!), najważniejsze aby zacząć napełniać sakiewkę i aby wyjmować z niej mniej niż się do niej wkłada!
  4. Zmyj z siebie zadłużenie. Jasne, z niektórych form długu można rozsądnie i z pożytkiem korzystać. Ale dla większości osób większość długów z pewnością nie jest higienicznych. Na pewno nie przybliżają Cię do bogactwa. Umożliwiają nam natychmiastową gratyfikację kosztem konieczności późniejszych spłat odsetek. Tak samo jak śmieciowe jedzenie – cieszymy się frytkami z colą ze szkodą dla naszego organizmu w przyszłości.
  5. Chroń kapitał przed rdzą. Inwestowanie jest bardzo ważne, ale jeszcze ważniejsza jest ochrona kapitału, zwłaszcza obecnie. Nie będziesz zdrowy, jeśli nie dbasz o swoje ciało. Nie dojdziesz do bogactwa, jeśli nie dbasz o swój kapitał. Jak pisał George Clason w Najbogatszym człowieku w Babilonie, „nie powierzaj ceglarzowi kupna klejnotów”. Co to oznacza? Nie inwestuj w rzeczy, na których się nie znasz! Nie inwestuj w szemrane interesy, w piramidy finansowe oferujące wysoką stopę zwrotu bez ryzyka. Pamiętaj, nie ma inwestycji bez ryzyka, a generalnie wyższą stopę zwrotu można osiągnąć tylko akceptując wyższe ryzyko! Nie daj się zwieść wysokim procentom oszustom. I nie pożyczaj swoich pieniędzy jeśli nie masz gwarancji spłaty. Teraz sytuacja jest wyjątkowa, więc warto pomagać najbliższym. Ale warto też pamiętać, że różni wujkowie i szwagrowie będą chcieli wykorzystać Twoją dobroć. Cóż, nie są łatwe wybory, ale na pewno lepsza odrobina ostrożności niż wielki żal.
  6. Profilaktyka jest najważniejsza, czyli oszczędzaj oraz inwestuj. Dbamy o higienę z myślą o przyszłości. Gdy dziś nie umyję zębów, jutro mogę mieć próchnicę. Podobnie z finansami. Powinniśmy myśleć o przyszłości, zabezpieczając środki na przyszłe dni – czy to na czarną godzinę, czy na emeryturę, gdy nie będziemy mogli już pracować. Gdy organizm jest słaby, jest podatny na infekcję. Gdy nie mamy poduszki finansowej, jesteśmy podatni na kryzys. Wiemy, teraz, w czasach pandemii, oszczędzanie oraz inwestowanie z myślą o dalszej przyszłości schodzi oczywiście na dalszy plan. Ale generalnie powinniśmy nie tylko dbać o posiadany już kapitał, ale także go pomnażać. Zresztą sama ochrona kapitału nie jest taka banalna w inflacyjnym środowisku. W takich warunkach musimy zachowywać się jak Czerwona Królowa i biec ile z sił, aby utrzymać w tym samym miejscu! Jeśli nie będziesz się mył, to będziesz stawał się coraz brudniejszy. Podobnie jeśli nie będziesz oszczędzał oraz inwestował, pomnażając majątek, to będziesz stawał się realnie coraz biedniejszy. A tego przecież nie chcemy!

Prywatna tarcza antykryzysowa – gdzie szukać oszczędności?

Pomysł na tego bloga dojrzewał u nas od kilku miesięcy. Pierwsze teksty zaczynaliśmy pisać już wtedy. Mieliśmy przemyślane, jak zaczniemy, które teksty pojawią się najpierw, a które później. Jednak w międzyczasie świat się zmienił. Pandemia, oprócz oczywistych konsekwencji zdrowotnych i społecznych, będzie też miała skutki ekonomiczne (tutaj i tu odsyłam do tekstów Arkadiusza, który temat opisywał od samego początku).

Co to ma wspólnego z finansami osobistymi? Wszystko. Kryzys gospodarczy, który nieuchronnie wystąpi w najbliższych miesiącach, będzie oznaczał dla wielu z nas zmiany – zwykle zmiany na gorsze. Nie dostaniemy podwyżki, na którą liczyliśmy, nasze wynagrodzenie zostanie obniżone, być może stracimy pracę. Dlatego, zamiast pisać o oszczędzaniu na emeryturę i gromadzeniu kapitału, skupimy się najpierw na tym, co choć nieprzyjemne, może okazać się niebawem niezbędne. Tniemy koszty.

Ale ja nie mam z czego ciąć! Pewnie wielu z Was tak pomyślało. Na pewno? Przejrzyjmy zatem pozycje, które potrafią niepostrzeżenie zjeść każdy, nawet całkiem pokaźny, domowy budżet. Wiadomo, że warto zacząć od tych największych, aby nasze działania były efektywne. Dla większości z nas to opłaty za mieszkanie, samochód, żywność, odzież. O ile zmiana mieszkania na takie, które generuje niższe koszty nie jest bardzo szybka ani łatwa, to w pozostałych kategoriach możemy śmiało zacząć działać:

  1. Odsetki od pożyczek. Szczególnie zjadliwe są tutaj chwilówki. Jeśli masz z czego – spłać je czym prędzej, bo będą drenować Twój budżet jeszcze przez długie miesiące! O chwilówkach (i o tym, dlaczego korzystanie z nich to zły pomysł) przeczytacie w tekście za kilka dni.
  2. Opłaty stałe. Nie, nie chodzi mi o to, żebyś przestał płacić za prąd (choć nie zaszkodzi puszczać pranie dopiero wtedy, kiedy kosz się zapełni, czy wyłączać telewizor, gdy nic akurat nie oglądasz). Zastanów się, ile niewielkich abonamentów i subskrypcji masz wykupionych? Netflix? Spotify? Linkedin Premium? Subskrypcja na PlayStation? Karnet na siłownię, na której byłeś trzy razy? Pakiet sportowy w kablówce? Jak często tak naprawdę korzystasz z tych usług? Warto im się przyjrzeć. A naprawdę skutecznym sposobem jest zablokowanie karty kredytowej, której numer podawałeś we wszystkich tych miejscach. A skoro o kartach kredytowych mowa…
  3. Opłaty bankowe. Czy wiesz, ile płacisz miesięcznie za konto? A za kartę do rachunku? A za ubezpieczenie karty kredytowej? Jeśli nie, sprawdź czym prędzej. Kiedy sprawdziłem te koszty u siebie jakiś czas temu, zmieniłem w ciągu miesiąca bank i zaoszczędziłem kilkaset złotych rocznie.
  4. Drobne wydatki na mieście. W czasie narodowej kwarantanny ta pozycja wykasuje się samoistnie. Kiedyś jednak prawdopodobnie wrócimy do bardziej lub mniej normalnego życia. Wtedy warto zwrócić uwagę na takie pozycje, jak kawa w Starbucksie czy innej Costa Coffee (niezbyt smaczna według mnie, za to droga – każda wizyta to minimum kilkanaście złotych; a przecież niektórzy zaglądają do kawiarni codziennie w drodze do pracy!), kanapki w piekarniach lub u dostawców cateringu (moim klientem była kiedyś duża sieć piekarni; kanapki to najwyżej marżowe produkty w ich asortymencie), cola z automatu. Nie zrozumcie mnie źle – nie mówię, że powinieneś zemdleć z głodu w autobusie, byle tylko nie kupić kanapki za 7 zł. Mówię za to, że jeżeli codziennie w drodze do pracy kupujesz kanapkę za 7 zł i kawę za 15 zł, to w ciągu miesiąca wydajesz już kilkaset złotych. Gdybyś śniadanie zjadł w domu, wyszłoby o wiele taniej. Wydatki na drobnostki są zdradliwe z dwóch powodów: pojedynczo są niskie (więc nie odczuwasz ich wpływu na swój portfel), a dodatkowo nie przynoszą trwałej satysfakcji (więc nie masz wrażenia, że poprawiłeś swoją sytuację długoterminową). Gdybyś te 400 zł wydane w ciągu miesiąca na kawę i bułkę przeznaczył na jedno wyjście do dobrej knajpy na stek i wino, zapewne pamiętałbyś to wydarzenie znacznie dłużej i miał z niego o wiele więcej satysfakcji.
  5. Przegląd posiadanych rzeczy. I sprzedaż tych, których nie używasz, a czasem nawet już nie pamiętasz, że je masz. Do budżetu wpadnie kilka złotych, a przy okazji oszczędzisz sporo miejsca w szafach. Gdy planowaliśmy przenieść się do naszego obecnego mieszkania, zrobiliśmy wcześniej całkiem pokaźną wystawę na znanym portalu z ogłoszeniami. O dziwo, prawie wszystko znalazło nabywcę (nawet stara lornetka!), a my mieliśmy przynajmniej jeden kurs mniej przy przeprowadzce.
  6. Samochód. Temat – rzeka. Jeśli już go masz i generuje wysokie koszty – być może staniesz w obliczu decyzji o jego zmianie na bardziej ekonomiczny model. O samochodach również porozmawiamy w osobnym wpisie.
  7. Imprezy. Tutaj już wiele zależy od Twoich indywidualnych preferencji i stylu spędzania czasu. Wiem po prostu, że w tej pozycji bardzo łatwo stracić kontrolę, zwłaszcza jeśli obracasz się w mocno imprezowym kręgu znajomych. Słyszałeś pewnie opowieści o piłkarzach i celebrytach wydających setki tysięcy złotych w jeden wieczór? Na mniejszą skalę uda się to zrobić każdemu – kilka drinków czy szampan (przecież nie tylko dla siebie, ale też dla koleżanek!) w odpowiednio modnej knajpie – i już portfel chudnie o kilkaset złotych.
  8. Wakacje. Teraz na szczęście nie mamy tego problemu, bo spędzimy je wszyscy w domach! 😊 Kiedy jednak epidemia ustanie, to przy planowaniu wypoczynku przestrzeń do zwiększenia lub ograniczenia wydatków jest naprawdę duża. Kiedyś podpytywałem mojego bardziej rozrzutnego kolegę o plan wyprawy do Azji Południowo-Wschodniej. Pokazał mi excela, gdzie zapisywał wszystkie wydatki, żeby rozliczyć wyjazd ze swoimi znajomymi. Kwota mnie nieco zaszokowała. Gdy później wróciłem z bliźniaczo podobnej wyprawy, okazało się, że wydałem połowę mniej. Loty kosztowały nas identycznie. Czym zatem się różniliśmy? Właściwie… wszystkim innym. My zamiast w sieciowych hotelach, spaliśmy w lokalnych pensjonatach, wyszukiwanych zresztą na miejscu. Zamiast taksówek, korzystaliśmy z rozklekotanych autobusów z niedomykającymi się drzwiami. Zamiast drinków w beach barze, popijaliśmy mleko kokosowe z orzechów sprzedawanych przy ulicach. Miałem wrażenie, że nie bawiliśmy się ani odrobinę gorzej, za to doświadczyliśmy więcej interakcji z lokalnymi mieszkańcami, a nasze opowieści z podróży były nieco barwniejsze niż jedynie narzekanie na temperaturę wody w hotelowym basenie.
  9. Odzież. Nie będziemy udawali, że znamy się na modzie i okazyjnych zakupach ciuchów. Możemy doradzić jedno. Galerie handlowe od kilku tygodni są zamknięte. Sieciowe sklepy, zwłaszcza polskie, walczą o przetrwanie i ratują płynność finansową. Właśnie w tej chwili jest dobry moment na większe zakupy, oczywiście przez internet. Gdybym jeszcze pracował w doradztwie, pewnie do tej pory kupiłbym już ze dwa garnitury – na szczęście nie noszę ich już prawie wcale. A co po epidemii? Recepty są proste i mało odkrywcze: outlety, sklepy z odzieżą używaną, zakupy podczas wyprzedaży sezonu (zwykle styczeń i lipiec). No i oczywiście pewien minimalizm przy zakupach.
  10. Zakupy spożywcze. To naprawdę ostatnia kategoria, w której należy szukać oszczędności. To, co jemy, wpływa bezpośrednio na nasze zdrowie. A ono w czasie pandemii jest naprawdę najważniejsze. Jedyne, co można tutaj zasugerować – może warto kupić większy zapas produktu podczas promocji? Pomoże nam to również uniknąć walk o cukier i papier toaletowy, których całkiem niedawno byliśmy świadkami, a może i uczestnikami. Co jeszcze? Na pewno warto zrezygnować, a przynajmniej ograniczyć fast food i używki. Nie dość, że drenują portfele, to oprócz oczywistego niekorzystnego wpływu na nasze zdrowie, mogą stanowić dodatkowy czynnik ryzyka przy zachorowaniu na Covid-19 (więcej informacji na przykład tutaj: https://www.globalhealthnow.org/2020-03/hold-quarantinis-alcohol-and-novel-coronavirus-might-not-mix).

Czy macie jeszcze jakieś pomysły na rozsądne oszczędności w domowym budżecie? Podzielcie się nimi w komentarzach!

O tym, dlaczego jesteś nieszczęśliwy. I co ma szczęście do finansów osobistych.

Niech zgadnę. Pragniesz szczęścia. Jak każdy z niemalże 8 miliardów ludzi na świecie. Ale, zaryzykuję takie stwierdzenie, że nie do końca czujesz się szczęśliwy. Niby wszystko układa się świetnie, ale coś tam jednak cię uwiera, nie do końca jesteś usatysfakcjonowany, mogłoby być lepiej. Jeśli nie mam racji i jesteś w pełni spełniony – to wspaniale, nie musisz czytać tego wpisu. W ogóle nie musisz czytać tego bloga, ani nic nie musisz – wszak osiągnąłeś pełnię szczęścia, więc nieważne czy jesteś bogaty, czy biedny, i tak nic nie jest w stanie zakłócić twojego radosnego spokoju.

            Jednak jeśli nie jesteś tybetańskim mnichem w stanie nirwany, to pewnie jednak zastanawiasz się, jak być bardziej szczęśliwym. Ja ci tego nie powiem, bo to jest chleb, który każdy musi samemu upiec, ale powiem ci, dlaczego nie jesteś szczęśliwy. I dlaczego wydajesz za dużo pieniędzy. OK, no to do rzeczy!

            Większość ludzi po prostu niewłaściwie definiuje szczęście. Dla wielu z nas szczęście to pewien bardzo pozytywny stan emocjonalny, euforyczny moment. Wiecie, co mam na myśli: skok ze spadochronu, chwila erotycznego uniesienia, wakacje w egzotycznym kraju, kubełek lodów czekoladowych, romantyczny spacer po plaży, ryk auta sportowego, argentyński stek i lampka wina w drogiej knajpie, nowa markowa sukienka dorwana na wyprzedaży, pocałunek w deszczu, nowe, większe mieszkanie, i przede wszystkim głaskanie szczeniaczków. Jeśli wciąż nie wiecie, o czym mówię, to wejdźcie na fejsa i zobaczcie, co wrzucają wasi znajomi.

No i wszystko pięknie – kto nie kocha szczeniaczków? – ale jest jeden problem. Emocje nie trwają długo. Zatem i tak rozumiane szczęście nie trwa długo, lecz szybko się ulatnia. Dlatego ścigamy jeden cel za drugim w nieustannej pogoni za szczęściem, które jednak nigdy nie gości w nas na trwałe. Wiecie, o co chodzi. Mówimy sobie: „jeśli tylko znajdę chłopaka, to będę szczęśliwa”. Albo „gdy tylko dostanę awans, to już na pewno będę szczęśliwy”. Później łapiemy króliczka i – nic, pustka. Przygnębienie. Rozczarowanie. Zniechęcenie. Wypalenie zawodowe. Depresja. A może i nawet kredyt hipoteczny do spłaty!

A teraz przejdźmy do finansów osobistych, abyście nie pomyśleli, że poszliśmy za bardzo w psychologię. Pogoń za szczęściem rozumianym jako przyjemna emocja wyjaśnia dlaczego za dużo wydajemy. Przecież zasługujemy na odrobinę szczęścia, prawda? Jak kupię sobie wreszcie nową brykę, to będę szczęśliwy! Co z tego, że pali jak smok, ale może wtedy, może wtedy poczuję prawdziwe zadowolenie. Albo jak kupię tę markową kanapę z funkcją relaksu – może i kosztuje kilkanaście koła, ale włoska robota! Albo ta spódniczka – tak, co prawda w szafie nie mam miejsca, ale coś mi się od życia przecież należy, nie? A jak już kupię to mieszkanie na Żoliborzu, mimo że w sumie to nie stać mnie na taką lokalizację, to wtedy przecież będę musiał już być szczęśliwy, będę miał w końcu swoje własne cztery kąty.

To wszystko iluzja szczęścia. Aby nie było: po zakupie nowych rzeczy, rzeczywiście odczuwamy większe zadowolenie. Ale ono szybko przemija. Zjawisko to nazywa się hedonistyczną bieżnią, bo gonimy za szczęściem tak bardzo, że nawet nie zauważamy, że stoimy w miejscu. Według słynnego badania poziomu szczęścia u osób, które wygrały w loterii typu lotto, ich zadowolenie po półtora roku nie było większe od zadowolenia grupy kontrolnej (czyli zwykłych śmiertelników, którzy niczego nie wygrali)! Początkowa euforia farciarzy znikała, zaś szczęście powracało do poziomu wyjściowego (pokazuje to także wykres na początku wpisu). A mówimy o gościach, którzy wygrali grube sumy – a cóż dopiero w przypadku kupna samochodu czy nowych mebli do kuchni!

Aby było jasne: nie chodzi o to, abyście nie czerpali żadnych przyjemności z życia (wszak egzystencja bez zabawy ze szczeniaczkami albo bez dobrego jedzenia byłaby nader przykra) i wiedli żywot ascety. Ale pomyślcie: skoro ten nowy smartfon albo bluzeczka i tak przestaną was cieszyć po kilku tygodniach, to może nie ma sensu kupować sobie najnowszych modeli i topowych marek?

Aha, a co z tym szczęściem – to jak je w takim razie osiągnąć? Dobre pytanie, dajcie znać w komentarzach! Naprawdę, nie odrobimy pracy domowej za was, to jest wszak pytanie, na które ludzkość szuka odpowiedzi od samego początku. Ale ważne, abyście nie postrzegali szczęścia jako powierzchownej emocji, ale raczej jako głębszej satysfakcji z życia. A takiego zadowolenia raczej ci nie da nowa sofa czy najnowszy ajfon. Zamiast więc wydawać pieniądze na iluzję szczęścia, to może lepiej jednak te pieniądze zaoszczędzić i zainwestować? Albo przynajmniej wydać sensowniej, np. na rozwijanie cenionych na rynku umiejętności, aby móc znaleźć lepiej płatną pracę i osiągać wyższe dochody (kwarantanna może być dobrym czasem na przeszkolenie się)? Albo na przygotowanie drobnych prezentów dla rodziny i przyjaciół, aby wzmocnić swoje relacje z nimi – według wielu badań to właśnie jakość naszych relacji w największym stopniu wpływa na nasze zdrowie i szczęście.

PS. Z tymi komentarzami to pisaliśmy serio: podzielcie się, czym dla was jest szczęście i jak je osiągacie J

Koronawirus a oszczędności

Jeśli mieliście kiedykolwiek wątpliwości, czy warto oszczędzać, to pandemia COVID-19 powinna je całkowicie rozwiązać. Brutalnie pokazała ona, że nieprzewidziane, negatywne rzeczy się zdarzają. Że shit happens. Że czarne łabędzie jednak od czasu do czasu lądują i atakują ludzi. Ich pojawienie się nie jest zbyt prawdopodobne, ale gdy się już zjawiają – wywierają poważne skutki dla całej gospodarki, ale także dla finansów osobistych wielu osób. Dlatego tak kluczowe są oszczędności. Fundusz awaryjny. Rezerwy na czarną godzinę. Nieważne, jak nazwiemy te środki – ale niezwykle ważne jest, aby nie żyć z dnia na dzień. Aby mieć pieniądze umożliwiające przeżycie kilku miesięcy.

Ilu dokładnie? To zależy od indywidualnych preferencji, przeciętnego czasu szukania nowej pracy w danym zawodzie, sytuacji w rodzinie itd. Absolutnym minimum są trzy miesiące, na ogół jednak sugeruje się odłożenie sumy pozwalającej na opłacenie sześciu miesięcy życia (choć niektórzy czują się bezpiecznie, mając zagwarantowany dopiero rok egzystencji).

Sami zobaczcie. Kwarantanna narodowa nie skończy się jutro. Może potrwać jeszcze miesiąc – dwa, a nawet dłużej. Co to oznacza? Jeśli pracujesz na etacie w stabilnej instytucji, to dla Ciebie nie tak wiele. Będziesz więcej pracował zdalnie, ale pensja i tak powinna wpływać. Choć i to nie jest pewne, bo z pustego i Salomon nie naleje, a bez przychodów i najlepsza firma nie będzie miała środków na pensje. Jeśli pracujesz np. w biurze podróży, to masz problem, bo nie będzie przychodów. A jeśli pracujesz w sektorze rozrywkowym albo wymagającym kontaktu z klientem, to sytuacja jest znacznie gorsza. Zwłaszcza jeśli jesteś na samozatrudnieniu. Jeśli jesteś instruktorem pływania albo trenerem personalnym, to masz kłopot – bo pływalnie i siłownie są zamknięte. Jeśli jesteś muzykiem, aktorem albo standuperem, to masz problem, bo imprezy powyżej 50 osób są zakazane, zresztą pewnie i tak teraz nikt nie przyjdzie. Jeśli pracujesz na umowę zlecenie w kinie, na umowę o dzieło w teatrze albo przy organizacji koncertów, to masz problem, bo nie ma imprez, nie ma seansów, nie ma spektakli, więc nie ma zleceń ani dzieł.

A wiecie, kto nie ma problemu? Problemu nie mają ci, którzy oszczędzali na czarną godzinę. Teraz też oczywiście nie skaczą z radości, bo nie generują dochodu, ale przynajmniej nie muszą prosić rodziny o wsparcie czy czekać na zasiłek od rządu. Mają fundusze na przeżycie bez dochodu, a nawet na zrobienie większych zapasów – tak, aby unikać częstego chodzenia do sklepów. Mogą więc grzecznie siedzieć w domu i patrzeć, jak świat płonie.

Problemu mogą również nie mieć ci, którzy zdywersyfikowali swoje źródła przychodów. Nie zawsze to jest możliwe, ale jeśli tylko masz taką możliwość, nie polegaj tylko na jednym źródle dochodu, bo w sytuacji kryzysowej, takiej jak pandemia, może ono wyschnąć. A wtedy pojawią się kłopoty – chyba że ma się oszczędności!

Ale koronawirus to nie tylko złe wiadomości dla finansów osobistych! Jest jeden pozytywny aspekt. Choć wydatki na leki i żywność mogą wzrosnąć, wprowadzona kwarantanna narodowa może pomóc w ograniczaniu wydatków. No bo na co wydawać pieniądza, gdy kina i restauracje zamknięte, a duże eventy odwołane? Wprowadzone ograniczone mogą pokazać ludziom, że kosztowne wakacje w tropiki (albo do Włoch) nie są wcale niezbędne. Że nie trzeba cały czas imprezować (zwłaszcza że jest Wielki Post), ale można spędzić czas na czytaniu książek lub na zabawach z dziećmi. Że zamiast iść do kina, można obejrzeć film na Netflixie. Mniej możemy także wydać także na paliwo – raz, że tańsze, a dwa, że będziemy się mniej przemieszczać, bo dokąd jechać, jeśli wszystko zamknięte. Epidemia może okazać się zatem najlepszym czasem, aby zacząć oszczędzać, bo część możliwości wydania pieniędzy jest po prostu niedostępna.