Co byś zrobił, wiedząc, że będziesz żyć 100 lat?

Coś Ci powiemy. Choć może to zabrzmieć nieprzekonująco podczas pandemii, bardzo możliwe, że będziesz żył dłużej, niż ci się wydaje. Może nawet 100 lat. Bzdury? Wcale nie, jak piszą Lynda Gratton i Adrew Scott w książce 100-letnie życie. Codzienność i praca w erze długowieczności, połowa rodzących się obecnie dzieci na Zachodzie będzie żyć ponad 105 lat.

Tak, wiem, nie jesteś dzieckiem i nie mieszkasz na Zachodzie. Ale i w Polsce ludzie żyją coraz dłużej, co widać na poniższym wykresie.

Żyjemy coraz dłużej. Ale czy oszczędzamy więcej?

Według tablic trwania życia GUS-u, jeśli jesteś 30-latkiem, to będziesz przeciętnie żył do 75 lat. Jeśli 30-latką, to nawet do ponad 82 lat. Zgoda, do setki wciąż brakuje trochę, ale traktuj te liczby jako dolną granicę. Dlaczego? Cóż, GUS stosuje tzw. metodę przekrojową, czyli zakłada, że schemat umieralności utrzyma się na poziomie z danego roku przez cały okres życia danej grupy. Jednak długość życia systematycznie zwiększa się, więc rozsądnie jest założyć, że gdy osiągniesz obecny wiek emerytalny 65 lat, to będziesz żyć przeciętnie dłużej niż żyją obecni 65-latkowie.

Fajnie, nie? Dłuższe życie to więcej czasu na realizację różnych projektów, marzeń. Wydłużenie życia z 70 do 100 lat oznacza dodatkowe 262 tysiące godzin do wykorzystania. Tylko pomyśl, co byś mógł zrobić z tą dodatkową ilością czasu!

Jest tylko jeden problem ze stuletnim życie. Finanse. Biologię można oszukać, ale nie arytmetykę. Dłuższe życie będzie od ciebie wymagać skumulowania większych zasobów. To nie jest rocket science: gdy żyjemy dłużej, potrzebujemy więcej pieniędzy.  Oznacza to, że będziesz musiał pracować jeszcze po 70, albo i dłużej… Według obliczeń Gratton i Scotta, przy stuletnim życiu, oszczędzaniu 10 proc. dochodów oraz docelowej stopie zastąpienia (relacja emerytury to ostatniej pensji) w wysokości 50 proc. ludzie będą mogli przejść na emeryturę dopiero po osiemdziesiątce! Będzie chciało ci pracować tak długo? Nie wydaje mi się… Oczywiście, będziesz mógł pracować krócej, ale wtedy otrzymasz znacznie niższą stopę zastąpienia (o której pisaliśmy tutaj). Zresztą nie wiem jak dla ciebie, ale dla nas nawet emerytura w wysokości połowy ostatniej pensji nie wydaje się zadowalająca.

Oznacza to tylko jedno. Twoja stopa oszczędności będzie musiała wzrosnąć. Oszczędzenie zaledwie 10 proc. dochodów to za mało przy stuletnim życiu (a przecież niektórzy oszczędzają nawet mniej, jeśli w ogóle)… Wiem, że się powtarzamy, ale chcemy, aby długie życie było dla Was błogosławieństwem, a nie przekleństwem. Thomas Hobbes, angielski filozof, określił kiedyś ludzkie życie jako przykre, prymitywne i krótkie. A wiecie, co jest jeszcze gorsze? Życie przykre, prymitywne i długie.

Dlatego powinieneś zacząć więcej oszczędzać. Nie, nie od jutra, ani nie od nowego roku. Teraz!

Dlaczego wciąż nie udaje mi się oszczędzać?

Pamiętasz swoją pierwszą wypłatę? Ja tak. Było to w 2008 roku. Skończyłem pierwszy rok studiów i zacząłem tłumaczyć seriale telewizyjne z angielskiego na polski. Jak na ówczesne czasy, zarabiałem całkiem przyzwoite pieniądze. Wystarczało mi na studenckie życie i całkiem sporo udawało się oszczędzić. Dziś nie wyobrażam sobie, że mógłbym za taką kwotę przeżyć nawet pół miesiąca, nie mówiąc o oszczędzaniu z niej czegokolwiek.

Skąd wynika ta zmiana? To tak zwana inflacja stylu życia, nazywana również „efektem Diderota”. Francuski filozof, Denis Diderot, w jednym ze swoich esejów opisywał, co przydarzyło mu się, gdy otrzymał w prezencie elegancki i kosztowny szlafrok. Niebawem dostrzegł, że otaczające go przedmioty nie są wystarczająco wytworne w porównaniu z nowym nabytkiem. Najpierw wymienił stary fotel na nowy, obity marokańską skórą. Później zamienił swoje stare biurko na kunsztownie zdobiony sekretarzyk. I tak z czasem nowy szlafrok doprowadził do wymiany całego szeregu przedmiotów, a to z kolei – do znacznych wydatków, a wręcz popadnięcia w długi.

W jaki sposób dotyka to nas we współczesnych czasach? Niemal w identyczny. Zmieniamy pracę na lepiej płatną i czujemy tę zmianę w portfelu. Przeprowadzamy się z wynajmowanego pokoju w mieszkaniu ze współlokatorami do wygodniejszego lokum blisko centrum miasta. Do pracy nie chcemy dojeżdżać już autobusem, więc decydujemy się na samochód, nie gorszej klasy niż ten, którym jeżdżą nasi nowi koledzy. Oczywiście trzeba też wymienić garderobę, w nowym otoczeniu potrzebne przecież będą markowe ciuchy. I co się okazuje? Podwyżka, zamiast poprawić sytuację materialną, doprowadziła do wzrostu wydatków, a nawet zaciągnięcia kredytów, które latami będą drenować naszą kieszeń. Musimy zatem pracować jeszcze więcej i ciężej, szukać jeszcze lepiej płatnej pracy, która pozwoli związać koniec z końcem… I tak wpadamy w błędne koło.

Co zrobić, aby uniknąć tej pułapki?

  1. Pamiętaj, że istnieje zjawisko inflacji stylu życia. Skoro Ty już o nim wiesz, to pierwszy krok już za Tobą.
  2. Policz, ile tak naprawdę warta jest Twoja podwyżka. Przelicz kwoty brutto na netto. Sprawdź, czy nie wpadniesz w wyższy próg podatkowy, co spowoduje, że wypłata przez część roku będzie niższa (jeśli używasz internetowego kalkulatora brutto/netto, korzystaj z takiego, który pokazuje wynagrodzenie w przekroju całego roku, na przykład tutaj). Musisz wiedzieć, jaką kwotą tak naprawdę dysponujesz.
  3. Zaoszczędź przynajmniej część, może nawet połowę dodatkowych pieniędzy. Skoro żyłeś bez nich, to znaczy, że jest to jak najbardziej możliwe. Ustaw od razu zlecenie stałe na rachunku bankowym, które będzie przekazywało ustaloną kwotę na konto oszczędnościowe.
  4. Nie zaciągaj nowych kredytów. Skoro zarabiasz więcej, to nie powinieneś przeznaczać dodatkowych środków na spłatę odsetek od zobowiązań! Teraz łatwiej jest ci oszczędzać, więc nawet jeśli planujesz większy zakup, odłóż go o kilka miesięcy i wykorzystaj ten czas na zgromadzenie odpowiednich funduszy. Może po tym czasie okaże się, że nowy model telefonu jednak nie jest niezbędny do przeżycia? Uwaga o unikaniu kredytów nie dotyczy kredytów hipotecznych. O tym, jak podejść do nich w sposób racjonalny i przemyślany piszemy w innym wpisie.
  5. Nie zmieniaj towarzystwa. Nie chodzi oczywiście o to, żeby unikać nowych znajomości, zwłaszcza z ludźmi, którzy będą ciągnąć nas w górę w różnych aspektach życia! Ale pamiętaj, że dla bezpieczeństwa finansowego ważnym, choć mocno niedocenianym czynnikiem jest to, w jakim towarzystwie się obracamy (wliczamy w to również naszego partnera życiowego!). Jeśli masz znajomych, których dochody i majątek są wyższe niż Twoje, rodzi się silna pokusa, aby dorównać im, przynajmniej w zewnętrznych przejawach zamożności – nowy samochód, drogie ubrania i gadżety i tak dalej. Później dochodzą drogie prywatne szkoły i zajęcia pozalekcyjne dla dzieci. Ciekawe wyniki przynoszą badania dotyczące udziału różnych rodzajów wydatków w zależności od poziomu zamożności (link). Poziom wydatków na rozrywkę jest procentowo dość zbliżony w każdym z decyli, na które ankietowani zostali podzieleni pod kątem swojej zamożności. Czyli – spędzając wolny czas w towarzystwie ludzi o wyższym statusie materialnym niż Twój, prawdopodobnie wydasz znacznie więcej niż oni w porównaniu do swojego dochodu. Dla własnego bezpieczeństwa unikaj znajomości, które powodują, że wydajesz więcej pieniędzy, niż wydałbyś normalnie. Zmiana pracy to moment, kiedy poznajesz nowych ludzi, często lepiej sytuowanych niż ty. Jeśli wcześniej nie wychodziłeś co tydzień na drinki kosztujące po 50 zł za sztukę, nie zaczynaj tylko dlatego, żeby nowi koledzy szybciej Cię polubili. Polubią Cię również bez tego J

Jakie wnioski? Jeśli miałbym podsumować wszystkie porady w najkrótszy możliwy sposób: stąpaj twardo po ziemi i uważaj, żeby woda sodowa nie uderzyła Ci do głowy po sukcesie!

W co warto inwestować?

Ludzie często pytają mnie, w co inwestować. Chcą wiedzieć, czy warto teraz inwestować w akcje, złoto, nieruchomości, kryptowaluty itd. Co dziwne, pomijają najbardziej intratną inwestycję: w siebie.

            I nie, to nie są kołczingowe bzdury. Uznaną drogą do bogactwa i niezależności finansowej jest inwestowanie w aktywa generujące dochody. A jakie aktywa mają do dyspozycji wszyscy ludzie? Jakie aktywa są w największym stopniu zależne od ciebie, a nie od kaprysów rynków finansowych? Otóż to, kapitał ludzki. To zresztą nie jest nasz oryginalny pomysł. Warren Buffet, jeden z najwybitniejszych inwestorów na świecie, napisał raz, że „Inwestowanie w siebie to najlepsza rzecz, którą możesz zrobić. Rób wszystko to, co poprawia twoje talenty; to jest coś czego nikt nie może ani opodatkować, ani tobie odebrać”.

Oczywiście tutaj dużo zależy od wieku. Jeśli skończyłeś właśnie 110 lat, to – wybacz, szczerość – powinieneś raczej inwestować w prawników od prawa spadkowego. A jeśli przeszedłeś na emeryturę, to sensowniejsze wydają się inwestycje w aktywa finansowe niż w dalszą zdolność zarobkowania, bo przecież już masz fajrant.

Ale jeśli jesteście młodymi ludźmi, którzy od niedawna pracują, albo wręcz dopiero wchodzą na rynek pracy, kapitał ludzki jest waszym najcenniejszym aktywem. Owszem, innych specjalnie nie macie, ale wasz młody wiek i wysoka oczekiwana długość uczestnictwa w rynku pracy sprawiają, że możecie zarobić mnóstwo pieniędzy na przestrzeni całego życia.

Ile konkretnie? Dobre pytanie – policzmy zatem! Załóżmy, że na rynku pracy spędzamy 40 lat. Jeśli zarabiamy obecną pensję minimalną, to rocznie mamy 23 tysiące, co w momencie przejścia na emeryturę daje nam ponad 920 tys. Jeśli jesteśmy medianowym pracownikiem, to zarobimy już 1,4 mln złotych, zaś dostając średnie wynagrodzenie – 1,7 mln złotych! Już te proste obliczenia pokazują nad dwie ważne rzeczy. Po pierwsze, nawet będąc przeciętniakiem i tak możemy zostać milionerami J Po drugie, powinniśmy jednak celować wyżej: 10% najwyżej zarabiających pracowników otrzymuje wynagrodzenie o 65 proc. wyższe niż średnia. Czyli zarobilibyśmy nie 1,7 mln, ale już 2,8 mln na przestrzeni całego życia zawodowego!

 Oczywiście, ponieważ pieniądz w przyszłości jest mniej warty niż pieniądz w teraźniejszości, to powinniśmy zdyskontować te przepływy pieniężne, co obniży nam wartość naszego kapitału ludzkiego (przy stopie dyskontowej 2 proc. do, odpowiednio, 643 tys., 978 tys. oraz 1,2 mln złotych).

Z drugiej strony założyliśmy, że nasza pensja pozostanie stała przez cały czas aktywności zawodowej, co jest nieprawdopodobne. Jeśli jednak założymy stały wzrost naszej pensji o 2 proc. rocznie to znów dostaniemy nasze pierwotne liczby. Co pokazuje, jak duże znaczenie ma systematyczny wzrost pensji dla tego, ile jesteśmy w stanie zarobić w ciągu całego życia!

Zatem jeśli zastanawiasz się, w co inwestować, ale jesteś młody i dopiero zaczynasz swoją przygodę z rynkiem pracy, to zapomnij o kryptowalutach, forexie i akcjach polecanych Ci przez znajomych sąsiada z akademika. Zamiast tego skup się w pierwszej kolejności na inwestycji w siebie. Dopiero gdy zgromadzisz dzięki pracy fundusz rezerwowy możesz zacząć inwestować na rynkach finansowych, ale przede wszystkim powinieneś stale podnosić swoje kwalifikacje. Tak jak spółki, które rosną, reinwestują znaczną część zysków w rozwój, tak ty też powinieneś mieć zasadę, że pewien procent swoich dochodów inwestujesz w siebie.

W co konkretnie? Możliwości jest mnóstwo, zależy dużo od twojego zawodu, ale może to być nauka języków obcych, nauka programowania, obsługiwania Excela, baz danych, Scrum, Agile, Prince, PMI, DI, CFA, PRM, itd. Takich certyfikatów umiejętności zawodowych jest naprawdę sporo. Możesz kupić książki, a nawet rozważyć szkolenia z umiejętności miękkich, ale trzeba tutaj dokładnie zbadać każdą ofertę, bo część szkoleń to może być wyciąganie pieniędzy od naiwniaków.

Niemniej bez ciągłego inwestowania w swoje umiejętności i kwalifikacje nie będziesz zarabiać dużo. Natomiast pensje osób inwestujących w swoje umiejętności, dzięki czemu zwiększają swoją produktywność, rosną szybciej od zarobków osób, które nie rozwijają się. Konkurencja jest duża na rynku pracy, i większość dochodów zależy od jakości twojej pracy w porównaniu z pracą innych. Chodzi o to, aby być tak dobrym w swoim zawodzie, aby nabywcy twoich usług chętnie płacili wyższą cenę za rezultaty twojej pracy.

Zresztą, dlaczego szef miałby ci dać podwyżkę, skoro umiesz ciągle tyle samo i twoja produktywność się nie poprawiła? Oczekujesz premii za przeżycie kolejnego roku? Dodatku za wysługę lat?

Możesz też spojrzeć na siebie jak na spółkę: czy zainwestowałbyś w spółkę, która się nie rozwija? No właśnie… zatem wyłącz Netflixa i bierz się do nauk… to znaczy do inwestowania!

Jak oszczędzać na dzieciach?

Tytuł tego wpisu może się niektórym wydać wręcz obrazoburczy. No bo jak to? Oszczędzać na naszych małych skarbach, dla których chcemy wszystkiego, co najlepsze?

Stop. Właśnie takiego myślenia oczekują od Was producenci z branży produktów dziecięcych. A uwierzcie, że jest to ogromna branża działająca na bardzo wysokich marżach. A bardzo istotną pozycją kosztów jest marketing. Marketing, który ma za zadanie wmówić młodym rodzicom, bardzo przejętym swoją nową rolą, że wydając pieniądze zapewniają dziecku wszystko, co najlepsze. Tymczasem, czy rzeczywiście zawsze jest tak, że im więcej wydamy, tym dziecko jest bardziej szczęśliwe? Przyjrzyjmy się pozycjom, na których spokojnie możemy urwać kilka(set, lub i tysięcy) złotych i to w momencie, kiedy nowych wydatków pojawia się sporo, a wsparcie z Programu 500+ zostało już wydane przez Was na używki J

  1. Wózek. Prawdę mówiąc, to jego wybór jest chyba bardziej skomplikowany niż wybór samochodu. Bo z jednej strony ważna jest amortyzacja, ale też żeby lekko się prowadził i żeby mało ważył, do tego żeby miał torbę i uchwyt na kubek… Jednym słowem, mnóstwo bajerów, za które oczywiście trzeba dopłacić. Ale akurat ten przedmiot można spokojnie kupić używany w komisie. A jeśli nowy, to może warto rozejrzeć się wśród polskich marek, zamiast rzucać się na sprzęt, z którym celebrytki pozują na Instagramie?
  2. Ubranka. Ubranka dla niemowląt są słodkie i urocze, to niezaprzeczalnie. Zwłaszcza panie mają tendencję, żeby zachwycać się nimi i nad nimi rozczulać. Wydawanie na nie majątku to jednak gruba przesada, zwłaszcza kiedy uświadomimy sobie, że pierwszych kilka rozmiarów dziecko będzie nosiło najwyżej przez miesiąc czy może półtora. Kiedy kupisz zbyt wiele ciuszków, jest spora szansa, że część z nich stanie się za mała, zanim odetniesz z nich metki! No i pamiętaj, że w rodzinie pewnie masz kogoś z trochę już większym dzieckiem, kto chętnie pozbędzie się zalegających w szafach i pawlaczach ubranek. Jeśli kupujesz nowe, stosuj te same zasady, co w przypadku ubrań dla dorosłych – czyli jak najwięcej na wyprzedażach sezonowych (pamiętaj tylko, że dzieci rosną i letnie ubranka kupowane jesienią muszą być odpowiednio większe, aby przydały się za rok).
  3. Odzież ciążowa. Wszystko, co ma przedrostek „ciążowy” jest automatycznie znacznie droższe od identycznego produktu, ale bez tego magicznego przymiotnika. To prawie tak samo, jak w przypadku usług i przedmiotów „ślubnych” – wiązanka kwiatów kosztuje 50 zł, ale już wiązanka ślubna (prawie identyczna) – 200 zł. Odzieży ciążowej można poszukać używanej, na licznych promocjach w dyskontach, albo po prostu – kupując trochę większy rozmiar odzieży „normalnej”.
  4. Podgrzewacze i wyparzacze do butelek. Drogi sprzęt produkowany przez praktycznie każdą globalną firmę działającą w sektorze dziecięcym. Funkcjonalność identyczna, jak garnka z ciepłą wodą, a sprzęt zajmuje mnóstwo miejsca. Odradzałbym zakup przed pojawieniem się dziecka – po kilku tygodniach sami zobaczycie, czy takie urządzenia w ogóle będą wam potrzebne.
  5. Zabawki. Po pierwsze, dziecko dostanie ich mnóstwo od dziadków i krewnych, którzy Was odwiedzą wkrótce po porodzie. Po drugie, niemowlak w pierwszych miesiącach życia nie potrzebuje szczególnie wymyślnych urządzeń, najlepiej bawi się na rękach u rodziców. A kiedy już zacznie samodzielnie odkrywać mieszkanie, to puste pudełka, poduszki i inne przedmioty codziennego użytku będą równie interesujące, jak wypasiony, grający i świecący zestaw za miliony monet.

Jak widzicie, warto oszczędzać niemal na wszystkim. A czy są pozycje, na których oszczędzać nie warto? Oczywiście – przede wszystkim w kategoriach „zdrowie” i „bezpieczeństwo”, czyli:

  1. Fotelik samochodowy. Bez dwóch zdań, kupujemy nowy i z atestem. Używany może być tańszy, ale czy masz pewność, że nie uczestniczył wcześniej w wypadku samochodowym? Czyli – kupujemy tylko nowy.
  2. Badania i leczenie. Sprawa też jest oczywista, na zdrowiu nie oszczędzamy – pisaliśmy o tym już wcześniej. Naturalnie jeżeli nie dzieje się nic złego, to można poczekać na badanie ze skierowania w publicznej służbie zdrowia, zamiast płacić za nie prywatnie. Tak samo w większości przypadków wszelkie suplementy diety dla dzieci to najzwyklejsze wyciąganie pieniędzy, w dodatku potencjalnie szkodliwe dla zdrowia w przypadku, gdy zaczniemy używać ich zbyt wiele.

Pewnie zauważyliście, że wszystkie porady dotyczą niemowląt i małych dzieci. Dlaczego? Po pierwsze – w tej kategorii wiekowej mam doświadczenie. Po drugie – pojawienie się na świecie dziecka, zwłaszcza pierwszego, to moment, w którym naprawdę łatwo popłynąć z wydatkami i zagracić dom mnóstwem sprzętów, które okażą się niepotrzebne.

Jak Oszczędzać: Ciąć Wydatki czy Zwiększać Dochody?

Wiemy już, że oszczędzanie jest niezmiernie ważne. Wiemy też, jak nie oszczędzać. Teraz wreszcie zajmiemy się tym, co tygryski ciekawi najbardziej, czyli jak więcej oszczędzać. Cóż, wyjścia są dwa. Aby zwiększyć swoje oszczędności, musicie albo zredukować swoje wydatki, albo zwiększyć swoje dochody. Proste, prawda? Ale co jest lepsze? Jak to się mówi, trwa spór w doktrynie – w tym wpisie postaramy się rozwikłać ten jeden z największych sporów w finansach osobistych.

Lepiej zwiększać dochody czy ciąć wydatki?

Dlaczego lepiej ciąć wydatki?

Jedni rabini twierdzą, że lepiej ciąć wydatki. Dlaczego? Redukcja wydatków nie tylko bowiem powiększa twoje oszczędności każdego miesiąca, ale także zmniejsza ilość potrzebnego kapitału na utrzymanie twojego standardu życia na emeryturze. Zamiast inflacji stylu życia mamy tutaj deflację stylu życia. Czyli oszczędzasz więcej, a musisz odłożyć mniej, co oznacza, że cały proces zajmie ci mniej czasu.

Rozważmy przykład. Załóżmy, że zarabiasz 3 kafle, a wydajesz 2,5 kafla miesięcznie. Oszczędzasz zatem 500 zł, co oznacza, że przy twoich wydatkach musisz oszczędzać 5 miesięcy na jednomiesięczny bezpłatny urlop (zakładamy brak odsetek czy dywidend jakichkolwiek). Załóżmy teraz, że tniesz wydatki do 2 kafli miesięcznie, czyli oszczędzasz teraz 1000 zł miesięcznie. Ponieważ twoje koszty utrzymania spadły do 2 tysięcy zł, oznacza to, że musisz oszczędzać teraz nie 5 miesiący, ale tylko 2 miesiące! Magia, co?

            Do tego warto pamiętać, że gdy nie wydajesz np. 15 zł na kawę w starbuniu, to nie oszczędzasz 15 zł, ale znacznie więcej, bo 15 zł zainwestowane nawet na niewielki procent po kilkudziesięciu latach urasta do znacznie więcej kwoty. Po 30 latach na 4 procent te 15 zł przekształca się w prawie 50 zł.

Dlaczego lepiej zwiększać dochody?

Konkurencyjna szkoła talmudyczna twierdzi, że dużo lepszym pomysłem na wzrost oszczędności jest powiększanie dochodów. Dlaczego? Cóż, dochody można teoretycznie zwiększać w nieskończoność, sky is the limit. Oczywiście, z tą nieskończonością to trochę przesada, ale potencjał jest zdecydowanie większy niż przy cięciu wydatków, zwłaszcza przy niskim poziomie życia. Rozważmy przykład. Jeśli ktoś zarabia pensję minimalną, to dostaje na rękę nieco ponad 1900 zł. Załóżmy, że taka osoba ma wynajmowany pokój i inne stałe opłaty wydaje 1000 zł. Oznacza to, że na tzw. życie zostaje 900 zł. A jeść coś trzeba. Oczywiście, nawet z tej sumy da się coś odłożyć, ale nie oszukujmy się: nie będą to porażające sumy. A jeśli chcemy nie tylko oszczędzać, ale także prowadzić zdrowy tryb życia i mieć kiedyś komfort życia cokolwiek większy niż studencki to jednak jedynym sensownym rozwiązaniem jest powiększanie dochodów.

            Poza tym wzrost dochód umożliwia nam zwiększenie naszego standardu życia, zaś redukcja wydatków to tylko (albo aż!) odłożenie konsumpcji w przyszłość.

Wzrost dochodów jest ważny z jeszcze jednego powodu. Umożliwia nam dokonywanie inwestycji w swój kapitał ludzki i rozwijanie cenionych umiejętności na rynku pracy, dzięki czemu w przyszłości będziemy mogli zarabiać jeszcze więcej. Gdy będziemy zawsze za wszelką cenę oszczędzać – w tym kosztem niezbędnych inwestycji w siebie – to możemy obniżyć swój potencjał do powiększania oszczędności w długim terminie (o tym, jak nie oszczędzać, pisaliśmy tutaj).

Wielka Synteza

Część z Was pewnie już spostrzegła, że powyższa debata nie ma specjalnie sensu. Odpowiedź na pytanie „czy lepiej ciąć wydatki, czy zwiększać dochody” zależy od sytuacji, w której jesteśmy. Jeśli jesteśmy studentami, którzy zarabiają pensję minimalną i mieszkają w piątkę w kuchni, to odpowiedź jest prosta: powiększanie dochodów. Bo dochody są bardzo niskie, a wydatki jeszcze niższe, więc nie ma za bardzo z czego ciąć. Jeśli zaś jesteśmy menedżerami wyższego szczebla w korpo i zarabiamy już bardzo dużo, ale dopadła nas inflacja stylu życia (o inflacji stylu życia napiszemy niebawem) i nasze wydatki są również bardzo wysokie, to odpowiedź też nasuwa się sama: cięcie wydatków.

            Powyższa debata nie ma sensu z jeszcze jednego powodu. Bo tak naprawdę obie strony mają rację. Albo w sumie nikt nie ma racji i wszyscy się mylą. Kluczem do powiększania oszczędności jest bowiem jednoczesne powiększanie dochodów oraz cięcie wydatków. Nawet nie tyle cięcie wydatków, co trzymanie ich w ryzach, aby nie dopuścić do inflacji stylu życia. Co ważne, w sumie wydatki mogą nawet wzrastać wraz z dochodami – ważne jednak, aby nie wzrastały w tym samym tempie co dochody. Czyli wydatki mogą nawet wzrastać w wymiarze absolutnym – ważne, aby spadały jako procent dochodów.

            Wróćmy do naszego przykładu osoby, która zarabia 3 kafle, a wydaje 2,5 tysiące, czyli oszczędza 500 zł, czyli 16,66 proc. zarobków. Załóżmy teraz, że zaczyna zarabiać 4000 tysiące, czyli o jedną trzecią więcej. Przy niezmienionych wydatkach, będzie to oznaczać 1500 zł oszczędności, czyli 37,5 proc. Jeśli wydatki wzrosną do 3 tysięcy, czyli o 20 proc., to stopa oszczędności i tak wzrośnie do 25 proc. Wzrost dochodów przekłada się w takiej sytuacji jednocześnie na powiększenie standardu życia oraz zwiększenie stopy oszczędności – czyli prawdopodobnie najzdrowszą kombinację w długim okresie. Ważne tutaj, aby nie pozwolić na inflację stylu życia – jeśli wydatki wzrosłyby również o tysiąc złotych, czyli jeśliby całą podwyżkę konsumowali, to wtedy nasza stopa oszczędności spadłaby do 12,5 procent!

            Podsumowując: najlepiej systematycznie powiększać dochody (jednak do momentu, w którym byśmy musieli sprzedać swoją duszę), trzymając jednocześnie wydatki w ryzach. Prawda, że proste? 🙂

Samochód – czy i jaki warto?

Zastanawialiśmy się, czy w ogóle zabierać się za ten temat. Ostatecznie nie jesteśmy szczególnie dobrymi specjalistami w dziedzinie motoryzacji. Arkadiusz nie ma w ogóle własnego samochodu, a ja przez całe życie mam dopiero drugi, a oba typowo użytkowe. Jednak dla wielu osób wydatki związane z samochodem są istotną częścią domowego budżetu, a sam zakup auta – jednym z bardziej znaczących wydatków – może nie w życiu, ale w okresie kilku lat – na pewno.

Pierwsze pytanie, jakie powinieneś sobie zadać przed wyprawą do salonu albo uruchomieniem strony z ogłoszeniami brzmi: czy ja w ogóle potrzebuję samochodu?

Sam takie pytanie sobie zadawałem mając już własny pojazd. Mieszkałem wtedy w samym centrum Warszawy. Do pracy chodziliśmy z żoną pieszo. Nie mieliśmy dzieci, które trzeba zawozić do przedszkola albo na zajęcia sportowe. A kiedy już potrzebowaliśmy wrócić z knajpy późno wieczorem – wejście Ubera na rynek spowodowało taki spadek cen, że koszt powrotu dwóch osób był zwykle niższy niż koszt jednego drinka. Jedynym powodem, dla którego samochód był nam potrzebny były regularne wizyty u rodziny w odległych miastach. Zastanów się, czy Twoja sytuacja nie jest podobna. Może naprawdę taniej jest użyć taksówki, car-sharingu, czy nawet komunikacji publicznej (której osobiście nie lubię, ale czasem jest niezbędna)? Może warto zainwestować w znacznie tańszą od samochodu hulajnogę elektryczną, którą możesz złożyć i zabrać ze sobą do sklepu czy biura?

No dobrze. Jednak potrzebujesz samochodu. Jakie w takim razie są opcje?

  1. Zakup za gotówkę
  2. Zakup na kredyt
  3. Leasing
  4. Najem długoterminowy / leasing z wysoką wartością końcową

Ad 1.

Najbardziej rozsądna opcja, jeśli nie prowadzisz działalności gospodarczej i samochód nie będzie Twoim narzędziem pracy.

Jaki drogi samochód kupić? Moim zdaniem wartość Twoich od 3 do 6 pensji to rozsądny przedział. Brzmi na niewiele? Może tak, ale pomyśl nad tym w inny sposób. Czy chcesz ponad pół roku swojej pracy przeznaczyć na przedmiot, który będzie generował koszty i systematycznie tracił na wartości? Pamiętaj też, że sam koszt zakupu to nie wszystko – trzeba doliczyć naprawy (wcale nie takie tanie; zaraz po zakupie na pewno będzie potrzebny większy serwis, a ), przeglądy, zakup i wymiany opon, ubezpieczenie (uogólniając: tym droższe, im droższy samochód), parkingi, myjnie… Jest tego trochę. Poza tym – im droższy samochód, tym bardziej będziesz stresował się, czy nie zostanie skradziony, uszkodzony. Po co dokładać sobie stresów?

Nowy czy używany? Stosując kryterium trzech pensji, odpowiedź dla większości z nas jest już oczywista J Nowy samochód ma oczywiście pewne zalety: ma gwarancję, znasz jego historię i przy odpowiedniej eksploatacji powinien posłużyć jeszcze wiele lat. Wady? Przede wszystkim ogromna utrata wartości w pierwszych latach i wysokie koszty eksploatacji (pamiętam, że kiedy kolega pokazał mi fakturę za wymianę klocków i tarcz hamulcowych w jego nowym BMW, prawie spadłem z krzesła).

Samochód używany też oczywiście może być skarbonką bez dna. Dlatego ryzykownie jest kupować auta znane z wysokich kosztów eksploatacji i napraw (zdobycie takiej wiedzy to kwestia kilkunastu minut w internecie, zrób research, zanim wydasz ciężko zarobione pieniądze!). Raczej nie poluj na „okazje cenowe” – czasem lepiej przepłacić za pojazd, ale w zamian mieć pewność co do jego historii. Jeśli nie znasz się na samochodach (ja na przykład się nie znam) warto poprosić o pomoc w zakupie kogoś zaufanego i bardziej doświadczonego, ewentualnie przed transakcją pojechać do warsztatu samochodowego.

Ad 2.

Skoro nie stać Cię, żeby zapłacić za samochód 10.000 zł, to czy stać Cię, aby zapłacić 15.000 zł za dokładnie ten sam pojazd, tyle że w ratach? Pamiętaj również, że skończysz go spłacać za kilka lat, kiedy będzie już wart o wiele mniej. Samochód (prawie każdy) traci na wartości. Jest dobrem typowo konsumpcyjnym. Moim zdaniem nie warto.

Ad 3.

Leasing nowego auta ma pewien sens wtedy, kiedy prowadzisz działalność gospodarczą. Będziesz miał prawo do odliczania części kosztów leasingu i części podatku VAT (aczkolwiek rząd w ostatnich latach systematycznie stara się ograniczać możliwości odliczeń – nie będę się zagłębiać tutaj w szczegóły dotyczące tego, jak rozliczać koszty pojazdu).

Jednak nie dajmy się zwariować – to, że możesz wrzucić ratę leasingową w koszty i obniżyć płacone podatki NIE ZNACZY, że zarabiasz (niby to oczywiste, ale znałem ludzi, którzy twierdzili, że jest na odwrót). I tak wydajesz pieniądze, i tak masz zobowiązanie do spłaty każdego miesiąca raty za przedmiot, który nieubłaganie traci na wartości. Jeśli przejeżdżasz dziesiątki tysięcy kilometrów rocznie i dzięki temu zarabiasz, potrzebujesz niezawodności i komfortu – taki wydatek ma oczywiście sens. Jeśli bierzesz auto w leasing tylko po to, żeby sąsiad zazdrościł nowego wozu i żeby pojechać raz w tygodniu do marketu – chyba nie warto.

Ad 4.

Najem długoterminowy (czy też leasing z wysoką wartością końcową) to z kolei twór jeszcze bardziej podstępny. Możesz cieszyć się samochodem niezłej klasy płacąc znacznie niższą ratę niż w przypadku typowego leasingu. Pamiętaj, jednak że pod koniec umowy zostajesz z wyborem – zakupić pojazd za relatywnie wysoką cenę albo… oddać go dealerowi i zostać z niczym, choć przez 2 lub 3 lata każdego miesiąca z Twojego konta ubywała niezła sumka. Zanim sięgniesz po taki leasing, pomyśl o złych scenariuszach – pieniądze wydajesz i tak, ale co wtedy, gdy stracisz pracę? Samochód kupiony za gotówkę pozostanie Twoją własnością. Gdy przestaniesz spłacać raty, komornik błyskawicznie sięgnie po Twój wymarzony pojazd. Dodatkowym argumentem przeciwko takiemu leasingowi, który przemawia przynajmniej do mnie, jest fakt, że wartość odkupu zależy w pewnym stopniu od przebiegu i stanu pojazdu na koniec umowy. Po pierwsze – nie lubię deklarować się i ograniczać na przyszłość. A może zechcę pojechać do Portugalii i z powrotem? Po drugie, jeśli mam się denerwować każdą ryską i wgnieceniem – to wolę nie.

Na koniec opowiem Wam osobistą anegdotkę. Jak wiecie, pracowałem wiele lat w bankowości inwestycyjnej. Oglądaliście „Wilka z Wall Street”? W Polsce nie wygląda to AŻ tak, ale da się odczuć pewne echa tamtego świata. Zegarki warte kilka (albo kilkanaście) średnich krajowych. Buty szyte na miarę we Włoszech. Samochody… Domyślacie się pewnie, że raczej nowe, szybkie i marek premium. W dużej mierze po to, aby klienci obracający ogromnymi pieniędzmi nie pomyśleli, że mają do czynienia z kimś niepoważnym. A ja? Przez cały czas mojej pracy miałem jeden samochód – kilkunastoletnią Hondę wartą… No, delikatnie mówiąc – bardzo niewiele wartą. Kiedy sprzedałem ją niedawno studentowi z Ukrainy, nie wystarczyło mi nawet na mebelki do pokoju dziecięcego. I wiecie, jaki wpływ miało to na moją karierę? Żaden. Koledzy czasem się pośmiali z Hondy, ja pośmiałem się razem z nimi. Klienci? Większość z nich nawet nie zauważała, czym przyjeżdża doradca. A ja miałem komfort psychiczny wiedząc, że po pierwsze znam na wylot bolączki auta i raczej nie zaskoczy mnie duża awaria, a po drugie – ani trochę nie stresuję się zostawiając pojazd na parkingu. Zarysują? Trudno. A kręcący się pod Dworcem Centralnym samozwańczy „parkingowi” pobierający „złotóweczkę za popilnowanie” nawet do mnie nie podchodzili, nie spodziewając się chyba, że mogę być wypłacalny.

Czy na pewno potrzebujesz zatem tego nowego, fajnego samochodu?

A co jeśli ktoś nie chce być bogaty?

Nie chcesz być bogaty? Rzadko się spotyka takich ludzi, ale rozumiem. Chcesz po prostu wieść normalne życie, a po okresie aktywności zawodowej przejść na zasłużoną emeryturę. To zrozumiałe. Tak żyli twoi dziadkowe. Tak żyli twoi rodzice. I tak chcesz ułożyć swoje życie i ty. Rozumiem to. Niestety, mam dla Ciebie złą wiadomość. Ten model w twoim przypadku nie zadziała.

            Aby to zrozumieć, musisz wyobrazić sobie jeden, a właściwie to dwa ułamki. Pierwszy to 53,8%. Jak sądzisz: to mało czy dużo? Oczywiście, to zależy, do czego odnosi się ta wartość. Powiedzmy, że dotyczy to twojej pensji. Jak teraz: wiele to czy niewiele? Obstawiam, że raczej to drugie. Każdy, kogo znam, narzeka na swoją całą pensję, a cóż dopiero na niewiele ponad jej połowę! Dobrze, widzisz tę kwotę? To teraz wyobraź sobie, że to twoja emerytura. Jak sądzisz: łatwo będzie Ci się utrzymać przy takich dochodach? Podpowiem: nie łatwo, bo obecnie ledwie żyjesz za 100, no, może 90 procent swojej pensji.

Mówisz, na emeryturze będziesz miał mniejsze potrzeby? Możliwe. Pod warunkiem, że zdrowie dopisze. Tego Ci życzę, ale nie można wykluczyć, że będziesz ponosił istotne wydatki na leczenie układu krążenia albo walkę z nowotworem. Wiem, brzmi to brutalnie, ale to są ostatecznie dwie największe przyczyny zgonów w Polsce.

Dobrze, idźmy dalej. Teraz wyobraź sobie inny procent: 23,1 procent. Istotnie mniej, prawda? Ale zmierzmy się z tym: wyobraź sobie życie za mniej niż ćwierć swojej pensji. Brzmi absurdalnie? Możliwe, ale taką właśnie stopę zastąpienia w 2080 r. prognozuje główny ekonomista ZUS-u. Spadnie do tego poziomu z obecnych 53,8 proc. Najnowsze szacunki OECD mówią o stopie zastąpienia ok. 25 proc. w okolicach 2060 r. (czyli dla obecnych dwudziestoparolatków), zaś Komisji Europejskiej – 23 proc. w 2070 r. Tak czy siak niewiele.

Ach, czym jest stopa zastąpienia? To relacja wysokości twojej emerytury do ostatniej pensji. Za tyle będziesz musiał się utrzymać do końca swych dni. Czyli z dnia na dzień będziesz musiał żyć za jedną czwartą, no może jedną trzecią, tego co wcześniej. Tak, masz rację, twoja ostatnia pensja będzie wyższa niż obecna. Ale podobnie twoje wydatki, więc nie łudź się!

Nie łudź się. Tutaj już nawet nie chodzi o to, że nie będziesz miał emerytury pod palmami. Tutaj chodzi o to, czy będziesz miał godne życie. Tutaj nie chodzi o bycie bogatym. Tutaj chodzi o to, aby nie być ubogim. Tutaj chodzi o to, aby nie być biednym, starszym człowiekiem, który je kartofle (jak na obrazie Van Gogha) i jest na utrzymaniu dzieci lub wnuków. Tutaj chodzi o to, aby nie popełniać przestępstw, pragnąc trafić do więzienia, gdzie ma się zapewniony wikt i opierunek (nie, to nie żart, przynajmniej nie w Japonii). Tutaj chodzi o to, aby nie marzyć o eutanazji.

Przykro mi, ale nie masz wyjścia. Jeśli chcesz godnie żyć na emeryturze, musisz oszczędzać. Im wcześniej zaczniesz, tym lepiej. Pomożemy Ci w tym – zatem do dzieła!

Dlaczego nie warto inwestować na giełdzie?

Zaraz, zaraz… Blog o oszczędzaniu i inwestowaniu, a tu wpis o tym, że nie warto inwestować? Czy autorzy zwariowali?

Nie zwariowali, poświęć nam jeszcze chwilę i doczytaj do końca ten tekst.

Kiedyś odwiedziłem kuzyna. Po obiedzie nasze żony zajęły się rozmową pomiędzy sobą, a my wyszliśmy przed dom, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza.

– Słuchaj, Michał, Ty pracujesz w domu maklerskim.

– Nie do końca, a o co chodzi? – nie oczekiwałem nigdy, że moi znajomi będą pamiętali, w jakim dokładnie segmencie rynku finansowego działam, tak samo jak ja nie mogłem nigdy spamiętać, czym dokładnie zajmuje się inżynier mechatronik.

– Bo wiesz… Mam zaoszczędzonych parę złotych, jakie akcje warto kupić? Czytałem ostatnio, że CD Projekt rośnie jak szalony.

***

Nie będę relacjonował całej naszej rozmowy, ale w jej wyniku kuzyn nie kupił akcji CD Projektu. Swoje zgromadzone środki zainwestował zupełnie inaczej. Co takiego mu powiedziałem? Postaram się ująć to w kilku najważniejszych punktach:

1. Giełda to zawsze ryzyko strat.

Kiedy słyszymy, że kurs jakiejś spółki wzrósł o kilkadziesiąt lub kilkaset procent w ciągu kilku miesięcy, często wzdychamy: „Ech, gdybym pół roku temu włożył pięć tysięcy, teraz miałbym już piętnaście.”. To prawda. Ale prawdą jest również to, że w tym samym czasie bardzo wiele spółek straciło na wartości i z naszych pięciu tysięcy zostałyby do tej pory może trzy. Wahania kursów akcji są czymś normalnym. Inwestowanie (a nie spekulacja) to zawsze proces długoterminowy. Inwestując musimy pogodzić się z ryzykiem przejściowych strat. Inwestycja w akcje notowane na giełdzie (zwłaszcza w szerszy portfel), w dużym uproszczeniu, sprowadza się do zakładu na to, czy gospodarka danego kraju będzie wzrastała. W dłuższym okresie zazwyczaj jest to prawda, w krótszym – już niekoniecznie. Dlatego nigdy nie inwestuj w giełdę pieniędzy, które mogą niebawem być Ci potrzebne! Lokuj w ten sposób dopiero te środki, z których przejściowym spadkiem wartości możesz się pogodzić.

2. Informacja jest wszystkim.

W dużym uproszczeniu kursy akcji zmieniają się pod wpływem:

* trendów ogólnorynkowych i makroekonomicznych (np. spadające stopy procentowe zachęcają do inwestycji; wtedy większość spółek zyskuje na wartości),

* czynników specyficznych dla danej branży (np. wprowadzenie podatku bankowego dotknęło całą branżę finansową),

* czynników specyficznych dla danej spółki (np. pożar w zakładzie produkcyjnym)

Jako uważny obserwator rzeczywistości jesteś w stanie zaobserwować z wyprzedzeniem informacje należące do dwóch pierwszych grup. Informacje należące do trzeciej grupy są, co do zasady, informacjami podlegającymi obowiązkowemu ujawnieniu. Załóżmy, że nikt nie czyni z nich użytku w nielegalny sposób (choć oczywiście w rzeczywistości się to zdarza)

Ale nawet zakładając, że wszyscy grają uczciwie, to czy na pewno będziesz szybszy od ludzi świetnie zorientowanych w branży? Przykładowo, po awarii oczyszczalni ścieków Czajka wzmogły się kontrole państwowych służb w przedsiębiorstwach. Blady strach padł na tych, którzy działali w sposób nielegalny. Każdy zorientowany w branży o tym wiedział. Nie będzie chyba zaskoczeniem to, że notowana na NewConnect spółka zajmująca się wywozem osadów ściekowych urosła o kilkaset procent? Czy myślisz, że dasz radę poznać kluczowe informacje szybciej niż ludzie pracujący na co dzień w danej gałęzi biznesu?

I tutaj dochodzimy do kolejnego punktu:

3. Aby racjonalnie zainwestować, trzeba poświęcić sporo czasu na analizę.

Jeśli nie masz czasu śledzić informacji o interesującej cię, jako inwestora giełdowego, branży – lepiej nie kupuj. Musisz śledzić portale branżowe, komunikaty bieżące, znać daty publikacji sprawozdań finansowych (które natychmiast po publikacji analizujesz!), znać terminy dnia ustalenia prawa do dywidendy, WZA i wiele, wiele innych. Całkiem sporo jak dla kogoś, kto rynkiem kapitałowym żyje na co dzień. Dla kogoś zajmującego się nim z doskoku – duże ryzyko przeoczenia ważnej, cenotwórczej informacji, a w rezultacie – straty finansowej.

4. Polski rynek jest płytki.

Co to znaczy? Dużą gotówkę trudno ulokować na giełdzie. Spójrzmy, jakie obroty odnotowano na GPW?

https://www.bankier.pl/gielda/notowania/akcje

Wystarczy ułożyć listę według malejącego obrotu.

Przykładowego 4 lutego 2020 roku (jeszcze przed epidemią i kryzysem) obroty na 100. spółce w kolejności nie przekroczyły 20 tys. zł (a notowanych na GPW spółek jest ponad 400!). Spółką tą jest PKP Cargo – kolejowy gigant, którego IPO wzbudzało swojego czasu emocje porównywalne do debiutu giełdowego PZU czy Tauronu. Co to znaczy w praktyce? Bardzo trudno było wczoraj zbyć pakiet akcji o wartości nawet kilku tysięcy złotych bez wystawiania ich znacznie poniżej ceny rynkowej. To dodatkowy problem, o którym wielu zapomina planując inwestycję: nawet jeśli znajdziesz interesującą cię, perspektywiczną spółkę, to bardzo trudno będzie ci kupić jej akcje (o ile nie planujesz inwestycji rzędu kilkuset złotych). A jeszcze trudniej będzie ci później te akcje sprzedać, aby na nich nie stracić.

5. Wiele z pozoru atrakcyjnych spółek okazuje się niewypałem inwestycyjnym.

Petrolinvest, Hawe, Getback, ZM Kania, PBG… Za każdą z tych spółek stali znani biznesmeni, analitycy domów maklerskich wyceniali ich akcje z rekomendacją „kupuj”. Niestety, ale nie ma gwarancji, że spółka nie stanie się bezwartościowa – czy to z powodu obiektywnych czynników rynkowych i zmian w prawie, czy też niejasnych operacji wykonywanych przez zarząd i właścicieli, czy też wreszcie zwykłego pecha. Na wielu spośród tych spółek straty poniosły fundusze inwestycyjne zarządzane przez specjalistów. Skoro oni mieli pecha (lub połakomili się na obietnicę nierynkowo wysokich zysków – ale to już nieco na marginesie), to skąd pewność, że akurat Ty przejrzysz wszystkie niuanse propsektów informacyjnych i sprawozdań finansowych, aby wychwycić niepokojące sygnały mogące świadczyć o ryzyku załamaniu kursu akcji w przyszłości?

Czyli co? Tak zupełnie sobie giełdę odpuścić?

6. Inwestycja w aktywa giełdowe jest cennym składnikiem portfela inwestycyjnego – ale tylko wtedy, kiedy właściwie go zaprojektowaliśmy.

Podsumowując nasze rozważania – jeśli nie masz obycia z finansami, nie masz dobrych (i aktualnych!) wiadomości z konkretnych branż, nie masz zbyt wiele czasu na analizy – raczej nie inwestuj samodzielnie w akcje polskich spółek. Akcje jako klasa aktywów to już jednak zupełnie inny temat. Tutaj znajdziesz propozycje, w jaki sposób wykorzystać ją do budowy majątku w relatywnie bezpieczny sposób.

Dbajmy o higienę… finansową!

W dawnych czasach ludzie bardzo rzadko się myli. Wielu sądziło, że kąpiel nadmiernie wygładza skórę i otwiera pory, przez co człowiek miał się stawać bardziej podatny na choroby. Królowa Elżbieta zbuntowała się tym zabobonom – i kąpała się raz w miesiącu!

            Od tamtych czasów dokonaliśmy z pewnością niebywałego postępu jeśli chodzi o higienę osobistą. Codziennie bierzemy prysznic, kilkukrotnie myjemy zęby itd. Obecna epidemia jeszcze bardziej uświadomiła nam, jak ważna jest higiena. Teraz jeszcze częściej i dokładniej myjemy ręce. Niektórzy wychodzą z domu tylko w maseczce i rękawiczkach. Po powrocie do mieszkania dezynfekujemy ręce. I później wielokrotnie je jeszcze myjemy mydłem. Wszystko to jest piękne i chwalebne!

            Ale czy w takim samym stopniu dbamy o naszą higienę… finansową? Zastanawiasz się, o co chodzi i jak to zrobić? Już służymy pomocą! Użytecznych zasad jest pełno, od drobniejszych porad typu „nie rób zakupów na głodniaka i bez listy” po te poważniejsze. Skupmy się tutaj na tych podstawowych

  1. Postaw diagnozę, czyli dowiedz się, na co wydajesz pieniądze. Marcin Iwuć cytuje często Johna C. Maxwella, który napisał „Zrobić budżet, to wskazać swoim pieniądzom, dokąd mają iść, zamiast się zastanawiać, gdzie się rozeszły”. Gdy nie wiesz ile i na co wydajesz, to nie poprawisz specjalnie swojej sytuacji. Aby wiedzieć, którędy podążać, musisz wiedzieć, gdzie się znajdujesz. Lekarz przed leczeniem najpierw stawia diagnozę. Dlatego zrób budżet (poświęcimy temu zagadnieniu osobny wpis).
  2. Niech zdrowie będzie najważniejsze, czyli płać najpierw sobie. Nie chcesz robić budżetu, bo tak jak ja, jesteś leniwy? Dobrze, nie musisz. Budżet jest tylko narzędziem, mającym umożliwić Ci większe oszczędności. Możesz więc od razu przeskoczyć ten etap, ale tylko jeśli ustawisz sobie stałe zlecenie na konto oszczędnościowe. Tuż po tym, jak wpływa na Twoje konto pensja. Czyli płać najpierw sobie! Tak jak pierwszą rzeczą po obudzeniu się jest prysznic i mycie zębów, tak pierwszą rzeczą po otrzymaniu pensji powinno być wpłacenie określonego procentu na konto oszczędnościowe. Im wyższego, tym oczywiście lepiej, ale zacznij od 10 proc., może być teraz nawet 5 proc. albo nawet 1 proc. (z perspektywą zwiększania tej wartości, jak już się przekonasz, że za 99 proc. pensji też jesteś w stanie przeżyć), ale płać najpierw sobie, bo inaczej zawsze wydasz wszystko to, co wpływa Ci na konto.
  3. Wydawaj higienicznie, czyli mniej niż zarabiasz. Jeżeli chcesz schudnąć, to musisz przyjąć mniej kalorii niż spalić (to jest oczywiście pewne uproszczenie, ale w końcu to nie blog dietetyczny). Podobnie z finansami osobistymi. Jeśli będziesz wydawać wszystko co zarabiasz (albo, nie daj Boże, nawet więcej), to nie osiągniesz majątku, nie zbudujesz ani nie nabędziesz odporności finansowej. Jeśli nie będziesz kontrolować wydatków, nie powstrzymasz inflacji stylu życia. Ważne jest to nie ile pieniędzy zarabiasz, ale ile zatrzymujesz!  Kontroli wydatków służy właśnie budżet. Ale zauważ, że jeśli będziesz płacić najpierw sobie, to automatycznie będziesz wydawać mniej niż zarabiasz! Jakąkolwiek metodę wybierzesz (przy czym one się nie wykluczają, a najlepiej je łączyć!), najważniejsze aby zacząć napełniać sakiewkę i aby wyjmować z niej mniej niż się do niej wkłada!
  4. Zmyj z siebie zadłużenie. Jasne, z niektórych form długu można rozsądnie i z pożytkiem korzystać. Ale dla większości osób większość długów z pewnością nie jest higienicznych. Na pewno nie przybliżają Cię do bogactwa. Umożliwiają nam natychmiastową gratyfikację kosztem konieczności późniejszych spłat odsetek. Tak samo jak śmieciowe jedzenie – cieszymy się frytkami z colą ze szkodą dla naszego organizmu w przyszłości.
  5. Chroń kapitał przed rdzą. Inwestowanie jest bardzo ważne, ale jeszcze ważniejsza jest ochrona kapitału, zwłaszcza obecnie. Nie będziesz zdrowy, jeśli nie dbasz o swoje ciało. Nie dojdziesz do bogactwa, jeśli nie dbasz o swój kapitał. Jak pisał George Clason w Najbogatszym człowieku w Babilonie, „nie powierzaj ceglarzowi kupna klejnotów”. Co to oznacza? Nie inwestuj w rzeczy, na których się nie znasz! Nie inwestuj w szemrane interesy, w piramidy finansowe oferujące wysoką stopę zwrotu bez ryzyka. Pamiętaj, nie ma inwestycji bez ryzyka, a generalnie wyższą stopę zwrotu można osiągnąć tylko akceptując wyższe ryzyko! Nie daj się zwieść wysokim procentom oszustom. I nie pożyczaj swoich pieniędzy jeśli nie masz gwarancji spłaty. Teraz sytuacja jest wyjątkowa, więc warto pomagać najbliższym. Ale warto też pamiętać, że różni wujkowie i szwagrowie będą chcieli wykorzystać Twoją dobroć. Cóż, nie są łatwe wybory, ale na pewno lepsza odrobina ostrożności niż wielki żal.
  6. Profilaktyka jest najważniejsza, czyli oszczędzaj oraz inwestuj. Dbamy o higienę z myślą o przyszłości. Gdy dziś nie umyję zębów, jutro mogę mieć próchnicę. Podobnie z finansami. Powinniśmy myśleć o przyszłości, zabezpieczając środki na przyszłe dni – czy to na czarną godzinę, czy na emeryturę, gdy nie będziemy mogli już pracować. Gdy organizm jest słaby, jest podatny na infekcję. Gdy nie mamy poduszki finansowej, jesteśmy podatni na kryzys. Wiemy, teraz, w czasach pandemii, oszczędzanie oraz inwestowanie z myślą o dalszej przyszłości schodzi oczywiście na dalszy plan. Ale generalnie powinniśmy nie tylko dbać o posiadany już kapitał, ale także go pomnażać. Zresztą sama ochrona kapitału nie jest taka banalna w inflacyjnym środowisku. W takich warunkach musimy zachowywać się jak Czerwona Królowa i biec ile z sił, aby utrzymać w tym samym miejscu! Jeśli nie będziesz się mył, to będziesz stawał się coraz brudniejszy. Podobnie jeśli nie będziesz oszczędzał oraz inwestował, pomnażając majątek, to będziesz stawał się realnie coraz biedniejszy. A tego przecież nie chcemy!

Jak nie spalić pieniędzy w kotłowni?

Pewnego dnia przed kilkoma laty odebrałem w pracy telefon z nieznanego numeru. Zanim zdążyłem wypowiedzieć do końca „halo, słucham”, zalał mnie potok słów:

– DzieńdobryztejstronyKszrzksizfirmyMarkets, chciałbym zainteresować Pana niezwykłą okazją inwestycyjną! Taki inwestor jak Pan nie może jej przegapić!

– Halo? Może pan powtórzyć, z jakiej firmy pan dzwoni? Jeśli proponuje Pan inwestycję, to jaki rodzaj zezwolenia wydanego przez KNF pan posiada?

Usłyszałem tylko trzask odkładanej słuchawki. Sprzedawca nie był chętny, żeby podzielić się tą, bądź co bądź, istotną informacją. Kolega z biurka obok, który słyszał, jak pytałem o zezwolenie, nie mógł powstrzymać się od komentarza.

– To pewnie ci z góry. Do mnie też dzwonili w tym tygodniu.

Faktycznie, kilka pięter ponad naszym biurem znajdowała się tzw. „kotłownia”. Kotłownia, czyli call center, w którym siedzieli pewni siebie młodzieńcy i namawiali rozmówców do wpłacenia pieniędzy na jakiś rodzaj inwestycji obsługiwany przez platformę tradingową, do której zatrudniająca tłum telemarketerów firma miała dostęp.

Nawiasem, sąsiedztwo kotłowni było nad wyraz przykre. W windach często natykaliśmy się na puste butelki po alkoholu, sprzątaczki narzekały na bałagan i opakowania po dziwnych tabletkach w toaletach. Rozochoceni „doradcy inwestycyjni” ubrani w przyduże garnitury z poliestru i buty z kwadratowymi czubami omal nie pobili jednego z moich kolegów, bo nie spodobał się im sposób, w jaki na nich spojrzał jadąc z nimi windą. Krótko mówiąc – standardy zachowań, których spodziewałbyś się raczej w sobotę nad ranem, pod koniec imprezy w jednym z mniej ekskluzywnych lokali na Mazowieckiej, a nie we wtorkowy poranek w pachnącym nowością szklanym biurowcu koło Ronda ONZ, w biznesowym centrum Warszawy.

***

Skąd ten przydługi wstęp? Chciałem przybliżyć Wam, z kim macie do czynienia po drugiej stronie, gdy podniesiecie słuchawkę i usłyszycie w niej głos przekonujący do niezwykłego dealu, na którym zarobicie setki procent w kilka tygodni. NIE SĄ to profesjonaliści z rynku finansowego, NIE MA żadnego dealu. Prawdę mówiąc, wiele lat pracowałem na rynku finansowym i wszystkie dobre interesy, o których słyszałem, były dobre przede wszystkim dla tego, kto je proponował 😊

No dobrze, ale co konkretnie proponują firmy, o których rozmawiamy?

Jeśli przebijemy się przez marketingową otoczkę, zwykle okazuje się, że proponują zakup instrumentu typu CFD (contract for difference, czyli kontrakt na różnicę [w cenie]). Przekładając na bardziej zrozumiały język, jest to zakład zawarty z brokerem o to, czy cena jakiegoś dobra (waluty, surowca, akcji) wzrośnie. Za zawarcie tego zakładu broker pobiera wynagrodzenie, czyli spread. Jeśli dobrze się zastanowić, przypomina to zakłady bukmacherskie i inne formy hazardu.

Dlaczego hazardu? Przecież przewiduje się, jak będą się kształtowały ceny akcji lub walut! Na studiach na makroekonomii przecież mówili, że jak rośnie inflacja, to waluta się osłabia!

Owszem. Ale wszelkie przewidywania (pomijam fakt, że wszelkie przewidywania są niepewne, a zwłaszcza te dotyczące przyszłości) mają sens w średnim i długim terminie. Faktycznie, wzrost oczekiwań inflacyjnych w dłuższym czasie prawdopodobnie doprowadzi do osłabienia waluty (to proste: jeśli spodziewasz się, że złotówka będzie tracić na wartości, zaczynasz trzymać oszczędności w euro). Ale kontrakty CFD nie obejmują długiego terminu. Ba, nie obejmują również średniego ani krótkiego terminu. Czas, w którym zmiany ich wartości pochłoną zainwestowany kapitał liczy się w dniach (w dobrym wypadku) lub nawet w godzinach.

Dlaczego?

Dźwignia. Dźwignia to taki mechanizm, który pozwala obracać większym kapitałem niż rzeczywiście wpłacony. Na platformach tradingowych używanych do kontraktów CFD dźwignia wynosi nawet 1:200. Czyli? Wpłacasz 1000 zł, a obracasz 200.000 zł. Jeśli kurs instrumentu zmieni się o 0,5% w przeciwną stronę, niż obstawiłeś (a to naprawdę niewiele, takie zmienności obserwuje się chociażby na codziennych notowaniach spółek giełdowych), tracisz (0,5% * 200.000 zł = 1000 zł). CAŁY ZAINWESTOWANY KAPITAŁ. Od 1 sierpnia 2019 r. KNF zakazał stosowania dźwigni wyższej niż 1:100 – sam jestem ciekaw, czy kotłownie wzięły sobie do serca nową regulację.

Wszystko rozumiem. Ale i tak mam przecież 50% szans na zarobek, przecież cena albo wzrośnie, albo spadnie!

Nie do końca. Tutaj w grę wchodzi spread. Czyli – broker kupi od Ciebie akcję za 98, ale sprzeda Ci ją za 102. Aby zarobić na zawartym kontrakcie, cena musi zmienić się o więcej niż o spread. A dodajmy, że niektórzy brokerzy drobnym druczkiem zapisują w umowach, że spread może zmieniać się w czasie rzeczywistym. Nie przypomina Wam to ruletki? Kasyno wygrywa, gdy wypadnie „0”, ale w trakcie gry może do koła dodać więcej pól „0”. Nie zapominajmy też o prowizji, którą płacisz od każdej transakcji. Czyli – w plecy jesteś już na starcie, nawet kiedy cena nie zmieniła się ani o jeden punkcik bazowy.

Podobieństw do kasyna jest zresztą więcej. Uderzyło mnie to szczególnie mocno wtedy, gdy w czasie swojej pracy miałem okazję analizować biznesplan platformy tradingowej, a jakiś czas później firmy oferującej zakłady bukmacherskie. Model generowania zysków był praktycznie identyczny – wydajemy dużo pieniędzy na marketing, żeby przyszło dużo klientów. A kiedy przyjdą, statystyka jest już po naszej stronie, bo większość klientów straci pieniądze. A skoro klient straci, to my je zarobimy, zakłady to gra o sumie zerowej (no, prawie… bo przecież jest jeszcze prowizja od każdej transakcji, więc dla klienta suma nie jest zerowa, lecz ujemna). Nie przypominają Wam się kampanie promocyjne wiodącej platformy tradingowej, w których można było wygrać luksusowy samochód? Uwierzcie – bardzo opłacało im się wydać te marne 200.000 zł, żeby potem zarobić miliony na nowych klientach.

Czyli wszyscy tracą? To oszustwo!

Nie wszyscy. Tak samo, jak niektórzy wygrywają u bukmachera czy w kasynie. Ci, którzy umieją grać, mają nieco większe szanse od laików. To nie jest to oszustwo w rozumieniu kodeksu karnego. Ale na pewno nie jest to też sposób na inwestowanie i pomnażanie majątku.

Co zapamiętujemy z tego wpisu? Nigdy nie wpłacamy ani złotówki „profesjonalistom z międzynarodowych instytucji finansowych”, którzy dzwonią z nieznanego numeru i opowiadają o świetnej okazji inwestycyjnej! Forex, bo głównie o tym rynku jest mowa w tym wpisie, to naprawdę bardzo ryzykowne miejsce na ulokowanie swoich środków. Według danych KNF (link), ok. 80% inwestorów grających na tym rynku, ponosi straty. Na pewno nie zaczynajmy naszej przygody z oszczędzaniem i rynkami kapitałowymi od tego rynku. Istnieje wiele bezpieczniejszych rozwiązań, o których będziemy pisać wkrótce.