Dlaczego nie warto inwestować na giełdzie?

Zaraz, zaraz… Blog o oszczędzaniu i inwestowaniu, a tu wpis o tym, że nie warto inwestować? Czy autorzy zwariowali?

Nie zwariowali, poświęć nam jeszcze chwilę i doczytaj do końca ten tekst.

Kiedyś odwiedziłem kuzyna. Po obiedzie nasze żony zajęły się rozmową pomiędzy sobą, a my wyszliśmy przed dom, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza.

– Słuchaj, Michał, Ty pracujesz w domu maklerskim.

– Nie do końca, a o co chodzi? – nie oczekiwałem nigdy, że moi znajomi będą pamiętali, w jakim dokładnie segmencie rynku finansowego działam, tak samo jak ja nie mogłem nigdy spamiętać, czym dokładnie zajmuje się inżynier mechatronik.

– Bo wiesz… Mam zaoszczędzonych parę złotych, jakie akcje warto kupić? Czytałem ostatnio, że CD Projekt rośnie jak szalony.

***

Nie będę relacjonował całej naszej rozmowy, ale w jej wyniku kuzyn nie kupił akcji CD Projektu. Swoje zgromadzone środki zainwestował zupełnie inaczej. Co takiego mu powiedziałem? Postaram się ująć to w kilku najważniejszych punktach:

1. Giełda to zawsze ryzyko strat.

Kiedy słyszymy, że kurs jakiejś spółki wzrósł o kilkadziesiąt lub kilkaset procent w ciągu kilku miesięcy, często wzdychamy: „Ech, gdybym pół roku temu włożył pięć tysięcy, teraz miałbym już piętnaście.”. To prawda. Ale prawdą jest również to, że w tym samym czasie bardzo wiele spółek straciło na wartości i z naszych pięciu tysięcy zostałyby do tej pory może trzy. Wahania kursów akcji są czymś normalnym. Inwestowanie (a nie spekulacja) to zawsze proces długoterminowy. Inwestując musimy pogodzić się z ryzykiem przejściowych strat. Inwestycja w akcje notowane na giełdzie (zwłaszcza w szerszy portfel), w dużym uproszczeniu, sprowadza się do zakładu na to, czy gospodarka danego kraju będzie wzrastała. W dłuższym okresie zazwyczaj jest to prawda, w krótszym – już niekoniecznie. Dlatego nigdy nie inwestuj w giełdę pieniędzy, które mogą niebawem być Ci potrzebne! Lokuj w ten sposób dopiero te środki, z których przejściowym spadkiem wartości możesz się pogodzić.

2. Informacja jest wszystkim.

W dużym uproszczeniu kursy akcji zmieniają się pod wpływem:

* trendów ogólnorynkowych i makroekonomicznych (np. spadające stopy procentowe zachęcają do inwestycji; wtedy większość spółek zyskuje na wartości),

* czynników specyficznych dla danej branży (np. wprowadzenie podatku bankowego dotknęło całą branżę finansową),

* czynników specyficznych dla danej spółki (np. pożar w zakładzie produkcyjnym)

Jako uważny obserwator rzeczywistości jesteś w stanie zaobserwować z wyprzedzeniem informacje należące do dwóch pierwszych grup. Informacje należące do trzeciej grupy są, co do zasady, informacjami podlegającymi obowiązkowemu ujawnieniu. Załóżmy, że nikt nie czyni z nich użytku w nielegalny sposób (choć oczywiście w rzeczywistości się to zdarza)

Ale nawet zakładając, że wszyscy grają uczciwie, to czy na pewno będziesz szybszy od ludzi świetnie zorientowanych w branży? Przykładowo, po awarii oczyszczalni ścieków Czajka wzmogły się kontrole państwowych służb w przedsiębiorstwach. Blady strach padł na tych, którzy działali w sposób nielegalny. Każdy zorientowany w branży o tym wiedział. Nie będzie chyba zaskoczeniem to, że notowana na NewConnect spółka zajmująca się wywozem osadów ściekowych urosła o kilkaset procent? Czy myślisz, że dasz radę poznać kluczowe informacje szybciej niż ludzie pracujący na co dzień w danej gałęzi biznesu?

I tutaj dochodzimy do kolejnego punktu:

3. Aby racjonalnie zainwestować, trzeba poświęcić sporo czasu na analizę.

Jeśli nie masz czasu śledzić informacji o interesującej cię, jako inwestora giełdowego, branży – lepiej nie kupuj. Musisz śledzić portale branżowe, komunikaty bieżące, znać daty publikacji sprawozdań finansowych (które natychmiast po publikacji analizujesz!), znać terminy dnia ustalenia prawa do dywidendy, WZA i wiele, wiele innych. Całkiem sporo jak dla kogoś, kto rynkiem kapitałowym żyje na co dzień. Dla kogoś zajmującego się nim z doskoku – duże ryzyko przeoczenia ważnej, cenotwórczej informacji, a w rezultacie – straty finansowej.

4. Polski rynek jest płytki.

Co to znaczy? Dużą gotówkę trudno ulokować na giełdzie. Spójrzmy, jakie obroty odnotowano na GPW?

https://www.bankier.pl/gielda/notowania/akcje

Wystarczy ułożyć listę według malejącego obrotu.

Przykładowego 4 lutego 2020 roku (jeszcze przed epidemią i kryzysem) obroty na 100. spółce w kolejności nie przekroczyły 20 tys. zł (a notowanych na GPW spółek jest ponad 400!). Spółką tą jest PKP Cargo – kolejowy gigant, którego IPO wzbudzało swojego czasu emocje porównywalne do debiutu giełdowego PZU czy Tauronu. Co to znaczy w praktyce? Bardzo trudno było wczoraj zbyć pakiet akcji o wartości nawet kilku tysięcy złotych bez wystawiania ich znacznie poniżej ceny rynkowej. To dodatkowy problem, o którym wielu zapomina planując inwestycję: nawet jeśli znajdziesz interesującą cię, perspektywiczną spółkę, to bardzo trudno będzie ci kupić jej akcje (o ile nie planujesz inwestycji rzędu kilkuset złotych). A jeszcze trudniej będzie ci później te akcje sprzedać, aby na nich nie stracić.

5. Wiele z pozoru atrakcyjnych spółek okazuje się niewypałem inwestycyjnym.

Petrolinvest, Hawe, Getback, ZM Kania, PBG… Za każdą z tych spółek stali znani biznesmeni, analitycy domów maklerskich wyceniali ich akcje z rekomendacją „kupuj”. Niestety, ale nie ma gwarancji, że spółka nie stanie się bezwartościowa – czy to z powodu obiektywnych czynników rynkowych i zmian w prawie, czy też niejasnych operacji wykonywanych przez zarząd i właścicieli, czy też wreszcie zwykłego pecha. Na wielu spośród tych spółek straty poniosły fundusze inwestycyjne zarządzane przez specjalistów. Skoro oni mieli pecha (lub połakomili się na obietnicę nierynkowo wysokich zysków – ale to już nieco na marginesie), to skąd pewność, że akurat Ty przejrzysz wszystkie niuanse propsektów informacyjnych i sprawozdań finansowych, aby wychwycić niepokojące sygnały mogące świadczyć o ryzyku załamaniu kursu akcji w przyszłości?

Czyli co? Tak zupełnie sobie giełdę odpuścić?

6. Inwestycja w aktywa giełdowe jest cennym składnikiem portfela inwestycyjnego – ale tylko wtedy, kiedy właściwie go zaprojektowaliśmy.

Podsumowując nasze rozważania – jeśli nie masz obycia z finansami, nie masz dobrych (i aktualnych!) wiadomości z konkretnych branż, nie masz zbyt wiele czasu na analizy – raczej nie inwestuj samodzielnie w akcje polskich spółek. Akcje jako klasa aktywów to już jednak zupełnie inny temat. Tutaj znajdziesz propozycje, w jaki sposób wykorzystać ją do budowy majątku w relatywnie bezpieczny sposób.

Jak nie spalić pieniędzy w kotłowni?

Pewnego dnia przed kilkoma laty odebrałem w pracy telefon z nieznanego numeru. Zanim zdążyłem wypowiedzieć do końca „halo, słucham”, zalał mnie potok słów:

– DzieńdobryztejstronyKszrzksizfirmyMarkets, chciałbym zainteresować Pana niezwykłą okazją inwestycyjną! Taki inwestor jak Pan nie może jej przegapić!

– Halo? Może pan powtórzyć, z jakiej firmy pan dzwoni? Jeśli proponuje Pan inwestycję, to jaki rodzaj zezwolenia wydanego przez KNF pan posiada?

Usłyszałem tylko trzask odkładanej słuchawki. Sprzedawca nie był chętny, żeby podzielić się tą, bądź co bądź, istotną informacją. Kolega z biurka obok, który słyszał, jak pytałem o zezwolenie, nie mógł powstrzymać się od komentarza.

– To pewnie ci z góry. Do mnie też dzwonili w tym tygodniu.

Faktycznie, kilka pięter ponad naszym biurem znajdowała się tzw. „kotłownia”. Kotłownia, czyli call center, w którym siedzieli pewni siebie młodzieńcy i namawiali rozmówców do wpłacenia pieniędzy na jakiś rodzaj inwestycji obsługiwany przez platformę tradingową, do której zatrudniająca tłum telemarketerów firma miała dostęp.

Nawiasem, sąsiedztwo kotłowni było nad wyraz przykre. W windach często natykaliśmy się na puste butelki po alkoholu, sprzątaczki narzekały na bałagan i opakowania po dziwnych tabletkach w toaletach. Rozochoceni „doradcy inwestycyjni” ubrani w przyduże garnitury z poliestru i buty z kwadratowymi czubami omal nie pobili jednego z moich kolegów, bo nie spodobał się im sposób, w jaki na nich spojrzał jadąc z nimi windą. Krótko mówiąc – standardy zachowań, których spodziewałbyś się raczej w sobotę nad ranem, pod koniec imprezy w jednym z mniej ekskluzywnych lokali na Mazowieckiej, a nie we wtorkowy poranek w pachnącym nowością szklanym biurowcu koło Ronda ONZ, w biznesowym centrum Warszawy.

***

Skąd ten przydługi wstęp? Chciałem przybliżyć Wam, z kim macie do czynienia po drugiej stronie, gdy podniesiecie słuchawkę i usłyszycie w niej głos przekonujący do niezwykłego dealu, na którym zarobicie setki procent w kilka tygodni. NIE SĄ to profesjonaliści z rynku finansowego, NIE MA żadnego dealu. Prawdę mówiąc, wiele lat pracowałem na rynku finansowym i wszystkie dobre interesy, o których słyszałem, były dobre przede wszystkim dla tego, kto je proponował 😊

No dobrze, ale co konkretnie proponują firmy, o których rozmawiamy?

Jeśli przebijemy się przez marketingową otoczkę, zwykle okazuje się, że proponują zakup instrumentu typu CFD (contract for difference, czyli kontrakt na różnicę [w cenie]). Przekładając na bardziej zrozumiały język, jest to zakład zawarty z brokerem o to, czy cena jakiegoś dobra (waluty, surowca, akcji) wzrośnie. Za zawarcie tego zakładu broker pobiera wynagrodzenie, czyli spread. Jeśli dobrze się zastanowić, przypomina to zakłady bukmacherskie i inne formy hazardu.

Dlaczego hazardu? Przecież przewiduje się, jak będą się kształtowały ceny akcji lub walut! Na studiach na makroekonomii przecież mówili, że jak rośnie inflacja, to waluta się osłabia!

Owszem. Ale wszelkie przewidywania (pomijam fakt, że wszelkie przewidywania są niepewne, a zwłaszcza te dotyczące przyszłości) mają sens w średnim i długim terminie. Faktycznie, wzrost oczekiwań inflacyjnych w dłuższym czasie prawdopodobnie doprowadzi do osłabienia waluty (to proste: jeśli spodziewasz się, że złotówka będzie tracić na wartości, zaczynasz trzymać oszczędności w euro). Ale kontrakty CFD nie obejmują długiego terminu. Ba, nie obejmują również średniego ani krótkiego terminu. Czas, w którym zmiany ich wartości pochłoną zainwestowany kapitał liczy się w dniach (w dobrym wypadku) lub nawet w godzinach.

Dlaczego?

Dźwignia. Dźwignia to taki mechanizm, który pozwala obracać większym kapitałem niż rzeczywiście wpłacony. Na platformach tradingowych używanych do kontraktów CFD dźwignia wynosi nawet 1:200. Czyli? Wpłacasz 1000 zł, a obracasz 200.000 zł. Jeśli kurs instrumentu zmieni się o 0,5% w przeciwną stronę, niż obstawiłeś (a to naprawdę niewiele, takie zmienności obserwuje się chociażby na codziennych notowaniach spółek giełdowych), tracisz (0,5% * 200.000 zł = 1000 zł). CAŁY ZAINWESTOWANY KAPITAŁ. Od 1 sierpnia 2019 r. KNF zakazał stosowania dźwigni wyższej niż 1:100 – sam jestem ciekaw, czy kotłownie wzięły sobie do serca nową regulację.

Wszystko rozumiem. Ale i tak mam przecież 50% szans na zarobek, przecież cena albo wzrośnie, albo spadnie!

Nie do końca. Tutaj w grę wchodzi spread. Czyli – broker kupi od Ciebie akcję za 98, ale sprzeda Ci ją za 102. Aby zarobić na zawartym kontrakcie, cena musi zmienić się o więcej niż o spread. A dodajmy, że niektórzy brokerzy drobnym druczkiem zapisują w umowach, że spread może zmieniać się w czasie rzeczywistym. Nie przypomina Wam to ruletki? Kasyno wygrywa, gdy wypadnie „0”, ale w trakcie gry może do koła dodać więcej pól „0”. Nie zapominajmy też o prowizji, którą płacisz od każdej transakcji. Czyli – w plecy jesteś już na starcie, nawet kiedy cena nie zmieniła się ani o jeden punkcik bazowy.

Podobieństw do kasyna jest zresztą więcej. Uderzyło mnie to szczególnie mocno wtedy, gdy w czasie swojej pracy miałem okazję analizować biznesplan platformy tradingowej, a jakiś czas później firmy oferującej zakłady bukmacherskie. Model generowania zysków był praktycznie identyczny – wydajemy dużo pieniędzy na marketing, żeby przyszło dużo klientów. A kiedy przyjdą, statystyka jest już po naszej stronie, bo większość klientów straci pieniądze. A skoro klient straci, to my je zarobimy, zakłady to gra o sumie zerowej (no, prawie… bo przecież jest jeszcze prowizja od każdej transakcji, więc dla klienta suma nie jest zerowa, lecz ujemna). Nie przypominają Wam się kampanie promocyjne wiodącej platformy tradingowej, w których można było wygrać luksusowy samochód? Uwierzcie – bardzo opłacało im się wydać te marne 200.000 zł, żeby potem zarobić miliony na nowych klientach.

Czyli wszyscy tracą? To oszustwo!

Nie wszyscy. Tak samo, jak niektórzy wygrywają u bukmachera czy w kasynie. Ci, którzy umieją grać, mają nieco większe szanse od laików. To nie jest to oszustwo w rozumieniu kodeksu karnego. Ale na pewno nie jest to też sposób na inwestowanie i pomnażanie majątku.

Co zapamiętujemy z tego wpisu? Nigdy nie wpłacamy ani złotówki „profesjonalistom z międzynarodowych instytucji finansowych”, którzy dzwonią z nieznanego numeru i opowiadają o świetnej okazji inwestycyjnej! Forex, bo głównie o tym rynku jest mowa w tym wpisie, to naprawdę bardzo ryzykowne miejsce na ulokowanie swoich środków. Według danych KNF (link), ok. 80% inwestorów grających na tym rynku, ponosi straty. Na pewno nie zaczynajmy naszej przygody z oszczędzaniem i rynkami kapitałowymi od tego rynku. Istnieje wiele bezpieczniejszych rozwiązań, o których będziemy pisać wkrótce.