Co byś zrobił, wiedząc, że będziesz żyć 100 lat?

Coś Ci powiemy. Choć może to zabrzmieć nieprzekonująco podczas pandemii, bardzo możliwe, że będziesz żył dłużej, niż ci się wydaje. Może nawet 100 lat. Bzdury? Wcale nie, jak piszą Lynda Gratton i Adrew Scott w książce 100-letnie życie. Codzienność i praca w erze długowieczności, połowa rodzących się obecnie dzieci na Zachodzie będzie żyć ponad 105 lat.

Tak, wiem, nie jesteś dzieckiem i nie mieszkasz na Zachodzie. Ale i w Polsce ludzie żyją coraz dłużej, co widać na poniższym wykresie.

Żyjemy coraz dłużej. Ale czy oszczędzamy więcej?

Według tablic trwania życia GUS-u, jeśli jesteś 30-latkiem, to będziesz przeciętnie żył do 75 lat. Jeśli 30-latką, to nawet do ponad 82 lat. Zgoda, do setki wciąż brakuje trochę, ale traktuj te liczby jako dolną granicę. Dlaczego? Cóż, GUS stosuje tzw. metodę przekrojową, czyli zakłada, że schemat umieralności utrzyma się na poziomie z danego roku przez cały okres życia danej grupy. Jednak długość życia systematycznie zwiększa się, więc rozsądnie jest założyć, że gdy osiągniesz obecny wiek emerytalny 65 lat, to będziesz żyć przeciętnie dłużej niż żyją obecni 65-latkowie.

Fajnie, nie? Dłuższe życie to więcej czasu na realizację różnych projektów, marzeń. Wydłużenie życia z 70 do 100 lat oznacza dodatkowe 262 tysiące godzin do wykorzystania. Tylko pomyśl, co byś mógł zrobić z tą dodatkową ilością czasu!

Jest tylko jeden problem ze stuletnim życie. Finanse. Biologię można oszukać, ale nie arytmetykę. Dłuższe życie będzie od ciebie wymagać skumulowania większych zasobów. To nie jest rocket science: gdy żyjemy dłużej, potrzebujemy więcej pieniędzy.  Oznacza to, że będziesz musiał pracować jeszcze po 70, albo i dłużej… Według obliczeń Gratton i Scotta, przy stuletnim życiu, oszczędzaniu 10 proc. dochodów oraz docelowej stopie zastąpienia (relacja emerytury to ostatniej pensji) w wysokości 50 proc. ludzie będą mogli przejść na emeryturę dopiero po osiemdziesiątce! Będzie chciało ci pracować tak długo? Nie wydaje mi się… Oczywiście, będziesz mógł pracować krócej, ale wtedy otrzymasz znacznie niższą stopę zastąpienia (o której pisaliśmy tutaj). Zresztą nie wiem jak dla ciebie, ale dla nas nawet emerytura w wysokości połowy ostatniej pensji nie wydaje się zadowalająca.

Oznacza to tylko jedno. Twoja stopa oszczędności będzie musiała wzrosnąć. Oszczędzenie zaledwie 10 proc. dochodów to za mało przy stuletnim życiu (a przecież niektórzy oszczędzają nawet mniej, jeśli w ogóle)… Wiem, że się powtarzamy, ale chcemy, aby długie życie było dla Was błogosławieństwem, a nie przekleństwem. Thomas Hobbes, angielski filozof, określił kiedyś ludzkie życie jako przykre, prymitywne i krótkie. A wiecie, co jest jeszcze gorsze? Życie przykre, prymitywne i długie.

Dlatego powinieneś zacząć więcej oszczędzać. Nie, nie od jutra, ani nie od nowego roku. Teraz!

Samochód – czy i jaki warto?

Zastanawialiśmy się, czy w ogóle zabierać się za ten temat. Ostatecznie nie jesteśmy szczególnie dobrymi specjalistami w dziedzinie motoryzacji. Arkadiusz nie ma w ogóle własnego samochodu, a ja przez całe życie mam dopiero drugi, a oba typowo użytkowe. Jednak dla wielu osób wydatki związane z samochodem są istotną częścią domowego budżetu, a sam zakup auta – jednym z bardziej znaczących wydatków – może nie w życiu, ale w okresie kilku lat – na pewno.

Pierwsze pytanie, jakie powinieneś sobie zadać przed wyprawą do salonu albo uruchomieniem strony z ogłoszeniami brzmi: czy ja w ogóle potrzebuję samochodu?

Sam takie pytanie sobie zadawałem mając już własny pojazd. Mieszkałem wtedy w samym centrum Warszawy. Do pracy chodziliśmy z żoną pieszo. Nie mieliśmy dzieci, które trzeba zawozić do przedszkola albo na zajęcia sportowe. A kiedy już potrzebowaliśmy wrócić z knajpy późno wieczorem – wejście Ubera na rynek spowodowało taki spadek cen, że koszt powrotu dwóch osób był zwykle niższy niż koszt jednego drinka. Jedynym powodem, dla którego samochód był nam potrzebny były regularne wizyty u rodziny w odległych miastach. Zastanów się, czy Twoja sytuacja nie jest podobna. Może naprawdę taniej jest użyć taksówki, car-sharingu, czy nawet komunikacji publicznej (której osobiście nie lubię, ale czasem jest niezbędna)? Może warto zainwestować w znacznie tańszą od samochodu hulajnogę elektryczną, którą możesz złożyć i zabrać ze sobą do sklepu czy biura?

No dobrze. Jednak potrzebujesz samochodu. Jakie w takim razie są opcje?

  1. Zakup za gotówkę
  2. Zakup na kredyt
  3. Leasing
  4. Najem długoterminowy / leasing z wysoką wartością końcową

Ad 1.

Najbardziej rozsądna opcja, jeśli nie prowadzisz działalności gospodarczej i samochód nie będzie Twoim narzędziem pracy.

Jaki drogi samochód kupić? Moim zdaniem wartość Twoich od 3 do 6 pensji to rozsądny przedział. Brzmi na niewiele? Może tak, ale pomyśl nad tym w inny sposób. Czy chcesz ponad pół roku swojej pracy przeznaczyć na przedmiot, który będzie generował koszty i systematycznie tracił na wartości? Pamiętaj też, że sam koszt zakupu to nie wszystko – trzeba doliczyć naprawy (wcale nie takie tanie; zaraz po zakupie na pewno będzie potrzebny większy serwis, a ), przeglądy, zakup i wymiany opon, ubezpieczenie (uogólniając: tym droższe, im droższy samochód), parkingi, myjnie… Jest tego trochę. Poza tym – im droższy samochód, tym bardziej będziesz stresował się, czy nie zostanie skradziony, uszkodzony. Po co dokładać sobie stresów?

Nowy czy używany? Stosując kryterium trzech pensji, odpowiedź dla większości z nas jest już oczywista J Nowy samochód ma oczywiście pewne zalety: ma gwarancję, znasz jego historię i przy odpowiedniej eksploatacji powinien posłużyć jeszcze wiele lat. Wady? Przede wszystkim ogromna utrata wartości w pierwszych latach i wysokie koszty eksploatacji (pamiętam, że kiedy kolega pokazał mi fakturę za wymianę klocków i tarcz hamulcowych w jego nowym BMW, prawie spadłem z krzesła).

Samochód używany też oczywiście może być skarbonką bez dna. Dlatego ryzykownie jest kupować auta znane z wysokich kosztów eksploatacji i napraw (zdobycie takiej wiedzy to kwestia kilkunastu minut w internecie, zrób research, zanim wydasz ciężko zarobione pieniądze!). Raczej nie poluj na „okazje cenowe” – czasem lepiej przepłacić za pojazd, ale w zamian mieć pewność co do jego historii. Jeśli nie znasz się na samochodach (ja na przykład się nie znam) warto poprosić o pomoc w zakupie kogoś zaufanego i bardziej doświadczonego, ewentualnie przed transakcją pojechać do warsztatu samochodowego.

Ad 2.

Skoro nie stać Cię, żeby zapłacić za samochód 10.000 zł, to czy stać Cię, aby zapłacić 15.000 zł za dokładnie ten sam pojazd, tyle że w ratach? Pamiętaj również, że skończysz go spłacać za kilka lat, kiedy będzie już wart o wiele mniej. Samochód (prawie każdy) traci na wartości. Jest dobrem typowo konsumpcyjnym. Moim zdaniem nie warto.

Ad 3.

Leasing nowego auta ma pewien sens wtedy, kiedy prowadzisz działalność gospodarczą. Będziesz miał prawo do odliczania części kosztów leasingu i części podatku VAT (aczkolwiek rząd w ostatnich latach systematycznie stara się ograniczać możliwości odliczeń – nie będę się zagłębiać tutaj w szczegóły dotyczące tego, jak rozliczać koszty pojazdu).

Jednak nie dajmy się zwariować – to, że możesz wrzucić ratę leasingową w koszty i obniżyć płacone podatki NIE ZNACZY, że zarabiasz (niby to oczywiste, ale znałem ludzi, którzy twierdzili, że jest na odwrót). I tak wydajesz pieniądze, i tak masz zobowiązanie do spłaty każdego miesiąca raty za przedmiot, który nieubłaganie traci na wartości. Jeśli przejeżdżasz dziesiątki tysięcy kilometrów rocznie i dzięki temu zarabiasz, potrzebujesz niezawodności i komfortu – taki wydatek ma oczywiście sens. Jeśli bierzesz auto w leasing tylko po to, żeby sąsiad zazdrościł nowego wozu i żeby pojechać raz w tygodniu do marketu – chyba nie warto.

Ad 4.

Najem długoterminowy (czy też leasing z wysoką wartością końcową) to z kolei twór jeszcze bardziej podstępny. Możesz cieszyć się samochodem niezłej klasy płacąc znacznie niższą ratę niż w przypadku typowego leasingu. Pamiętaj, jednak że pod koniec umowy zostajesz z wyborem – zakupić pojazd za relatywnie wysoką cenę albo… oddać go dealerowi i zostać z niczym, choć przez 2 lub 3 lata każdego miesiąca z Twojego konta ubywała niezła sumka. Zanim sięgniesz po taki leasing, pomyśl o złych scenariuszach – pieniądze wydajesz i tak, ale co wtedy, gdy stracisz pracę? Samochód kupiony za gotówkę pozostanie Twoją własnością. Gdy przestaniesz spłacać raty, komornik błyskawicznie sięgnie po Twój wymarzony pojazd. Dodatkowym argumentem przeciwko takiemu leasingowi, który przemawia przynajmniej do mnie, jest fakt, że wartość odkupu zależy w pewnym stopniu od przebiegu i stanu pojazdu na koniec umowy. Po pierwsze – nie lubię deklarować się i ograniczać na przyszłość. A może zechcę pojechać do Portugalii i z powrotem? Po drugie, jeśli mam się denerwować każdą ryską i wgnieceniem – to wolę nie.

Na koniec opowiem Wam osobistą anegdotkę. Jak wiecie, pracowałem wiele lat w bankowości inwestycyjnej. Oglądaliście „Wilka z Wall Street”? W Polsce nie wygląda to AŻ tak, ale da się odczuć pewne echa tamtego świata. Zegarki warte kilka (albo kilkanaście) średnich krajowych. Buty szyte na miarę we Włoszech. Samochody… Domyślacie się pewnie, że raczej nowe, szybkie i marek premium. W dużej mierze po to, aby klienci obracający ogromnymi pieniędzmi nie pomyśleli, że mają do czynienia z kimś niepoważnym. A ja? Przez cały czas mojej pracy miałem jeden samochód – kilkunastoletnią Hondę wartą… No, delikatnie mówiąc – bardzo niewiele wartą. Kiedy sprzedałem ją niedawno studentowi z Ukrainy, nie wystarczyło mi nawet na mebelki do pokoju dziecięcego. I wiecie, jaki wpływ miało to na moją karierę? Żaden. Koledzy czasem się pośmiali z Hondy, ja pośmiałem się razem z nimi. Klienci? Większość z nich nawet nie zauważała, czym przyjeżdża doradca. A ja miałem komfort psychiczny wiedząc, że po pierwsze znam na wylot bolączki auta i raczej nie zaskoczy mnie duża awaria, a po drugie – ani trochę nie stresuję się zostawiając pojazd na parkingu. Zarysują? Trudno. A kręcący się pod Dworcem Centralnym samozwańczy „parkingowi” pobierający „złotóweczkę za popilnowanie” nawet do mnie nie podchodzili, nie spodziewając się chyba, że mogę być wypłacalny.

Czy na pewno potrzebujesz zatem tego nowego, fajnego samochodu?

Dlaczego nie warto inwestować na giełdzie?

Zaraz, zaraz… Blog o oszczędzaniu i inwestowaniu, a tu wpis o tym, że nie warto inwestować? Czy autorzy zwariowali?

Nie zwariowali, poświęć nam jeszcze chwilę i doczytaj do końca ten tekst.

Kiedyś odwiedziłem kuzyna. Po obiedzie nasze żony zajęły się rozmową pomiędzy sobą, a my wyszliśmy przed dom, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza.

– Słuchaj, Michał, Ty pracujesz w domu maklerskim.

– Nie do końca, a o co chodzi? – nie oczekiwałem nigdy, że moi znajomi będą pamiętali, w jakim dokładnie segmencie rynku finansowego działam, tak samo jak ja nie mogłem nigdy spamiętać, czym dokładnie zajmuje się inżynier mechatronik.

– Bo wiesz… Mam zaoszczędzonych parę złotych, jakie akcje warto kupić? Czytałem ostatnio, że CD Projekt rośnie jak szalony.

***

Nie będę relacjonował całej naszej rozmowy, ale w jej wyniku kuzyn nie kupił akcji CD Projektu. Swoje zgromadzone środki zainwestował zupełnie inaczej. Co takiego mu powiedziałem? Postaram się ująć to w kilku najważniejszych punktach:

1. Giełda to zawsze ryzyko strat.

Kiedy słyszymy, że kurs jakiejś spółki wzrósł o kilkadziesiąt lub kilkaset procent w ciągu kilku miesięcy, często wzdychamy: „Ech, gdybym pół roku temu włożył pięć tysięcy, teraz miałbym już piętnaście.”. To prawda. Ale prawdą jest również to, że w tym samym czasie bardzo wiele spółek straciło na wartości i z naszych pięciu tysięcy zostałyby do tej pory może trzy. Wahania kursów akcji są czymś normalnym. Inwestowanie (a nie spekulacja) to zawsze proces długoterminowy. Inwestując musimy pogodzić się z ryzykiem przejściowych strat. Inwestycja w akcje notowane na giełdzie (zwłaszcza w szerszy portfel), w dużym uproszczeniu, sprowadza się do zakładu na to, czy gospodarka danego kraju będzie wzrastała. W dłuższym okresie zazwyczaj jest to prawda, w krótszym – już niekoniecznie. Dlatego nigdy nie inwestuj w giełdę pieniędzy, które mogą niebawem być Ci potrzebne! Lokuj w ten sposób dopiero te środki, z których przejściowym spadkiem wartości możesz się pogodzić.

2. Informacja jest wszystkim.

W dużym uproszczeniu kursy akcji zmieniają się pod wpływem:

* trendów ogólnorynkowych i makroekonomicznych (np. spadające stopy procentowe zachęcają do inwestycji; wtedy większość spółek zyskuje na wartości),

* czynników specyficznych dla danej branży (np. wprowadzenie podatku bankowego dotknęło całą branżę finansową),

* czynników specyficznych dla danej spółki (np. pożar w zakładzie produkcyjnym)

Jako uważny obserwator rzeczywistości jesteś w stanie zaobserwować z wyprzedzeniem informacje należące do dwóch pierwszych grup. Informacje należące do trzeciej grupy są, co do zasady, informacjami podlegającymi obowiązkowemu ujawnieniu. Załóżmy, że nikt nie czyni z nich użytku w nielegalny sposób (choć oczywiście w rzeczywistości się to zdarza)

Ale nawet zakładając, że wszyscy grają uczciwie, to czy na pewno będziesz szybszy od ludzi świetnie zorientowanych w branży? Przykładowo, po awarii oczyszczalni ścieków Czajka wzmogły się kontrole państwowych służb w przedsiębiorstwach. Blady strach padł na tych, którzy działali w sposób nielegalny. Każdy zorientowany w branży o tym wiedział. Nie będzie chyba zaskoczeniem to, że notowana na NewConnect spółka zajmująca się wywozem osadów ściekowych urosła o kilkaset procent? Czy myślisz, że dasz radę poznać kluczowe informacje szybciej niż ludzie pracujący na co dzień w danej gałęzi biznesu?

I tutaj dochodzimy do kolejnego punktu:

3. Aby racjonalnie zainwestować, trzeba poświęcić sporo czasu na analizę.

Jeśli nie masz czasu śledzić informacji o interesującej cię, jako inwestora giełdowego, branży – lepiej nie kupuj. Musisz śledzić portale branżowe, komunikaty bieżące, znać daty publikacji sprawozdań finansowych (które natychmiast po publikacji analizujesz!), znać terminy dnia ustalenia prawa do dywidendy, WZA i wiele, wiele innych. Całkiem sporo jak dla kogoś, kto rynkiem kapitałowym żyje na co dzień. Dla kogoś zajmującego się nim z doskoku – duże ryzyko przeoczenia ważnej, cenotwórczej informacji, a w rezultacie – straty finansowej.

4. Polski rynek jest płytki.

Co to znaczy? Dużą gotówkę trudno ulokować na giełdzie. Spójrzmy, jakie obroty odnotowano na GPW?

https://www.bankier.pl/gielda/notowania/akcje

Wystarczy ułożyć listę według malejącego obrotu.

Przykładowego 4 lutego 2020 roku (jeszcze przed epidemią i kryzysem) obroty na 100. spółce w kolejności nie przekroczyły 20 tys. zł (a notowanych na GPW spółek jest ponad 400!). Spółką tą jest PKP Cargo – kolejowy gigant, którego IPO wzbudzało swojego czasu emocje porównywalne do debiutu giełdowego PZU czy Tauronu. Co to znaczy w praktyce? Bardzo trudno było wczoraj zbyć pakiet akcji o wartości nawet kilku tysięcy złotych bez wystawiania ich znacznie poniżej ceny rynkowej. To dodatkowy problem, o którym wielu zapomina planując inwestycję: nawet jeśli znajdziesz interesującą cię, perspektywiczną spółkę, to bardzo trudno będzie ci kupić jej akcje (o ile nie planujesz inwestycji rzędu kilkuset złotych). A jeszcze trudniej będzie ci później te akcje sprzedać, aby na nich nie stracić.

5. Wiele z pozoru atrakcyjnych spółek okazuje się niewypałem inwestycyjnym.

Petrolinvest, Hawe, Getback, ZM Kania, PBG… Za każdą z tych spółek stali znani biznesmeni, analitycy domów maklerskich wyceniali ich akcje z rekomendacją „kupuj”. Niestety, ale nie ma gwarancji, że spółka nie stanie się bezwartościowa – czy to z powodu obiektywnych czynników rynkowych i zmian w prawie, czy też niejasnych operacji wykonywanych przez zarząd i właścicieli, czy też wreszcie zwykłego pecha. Na wielu spośród tych spółek straty poniosły fundusze inwestycyjne zarządzane przez specjalistów. Skoro oni mieli pecha (lub połakomili się na obietnicę nierynkowo wysokich zysków – ale to już nieco na marginesie), to skąd pewność, że akurat Ty przejrzysz wszystkie niuanse propsektów informacyjnych i sprawozdań finansowych, aby wychwycić niepokojące sygnały mogące świadczyć o ryzyku załamaniu kursu akcji w przyszłości?

Czyli co? Tak zupełnie sobie giełdę odpuścić?

6. Inwestycja w aktywa giełdowe jest cennym składnikiem portfela inwestycyjnego – ale tylko wtedy, kiedy właściwie go zaprojektowaliśmy.

Podsumowując nasze rozważania – jeśli nie masz obycia z finansami, nie masz dobrych (i aktualnych!) wiadomości z konkretnych branż, nie masz zbyt wiele czasu na analizy – raczej nie inwestuj samodzielnie w akcje polskich spółek. Akcje jako klasa aktywów to już jednak zupełnie inny temat. Tutaj znajdziesz propozycje, w jaki sposób wykorzystać ją do budowy majątku w relatywnie bezpieczny sposób.

Jak nie spalić pieniędzy w kotłowni?

Pewnego dnia przed kilkoma laty odebrałem w pracy telefon z nieznanego numeru. Zanim zdążyłem wypowiedzieć do końca „halo, słucham”, zalał mnie potok słów:

– DzieńdobryztejstronyKszrzksizfirmyMarkets, chciałbym zainteresować Pana niezwykłą okazją inwestycyjną! Taki inwestor jak Pan nie może jej przegapić!

– Halo? Może pan powtórzyć, z jakiej firmy pan dzwoni? Jeśli proponuje Pan inwestycję, to jaki rodzaj zezwolenia wydanego przez KNF pan posiada?

Usłyszałem tylko trzask odkładanej słuchawki. Sprzedawca nie był chętny, żeby podzielić się tą, bądź co bądź, istotną informacją. Kolega z biurka obok, który słyszał, jak pytałem o zezwolenie, nie mógł powstrzymać się od komentarza.

– To pewnie ci z góry. Do mnie też dzwonili w tym tygodniu.

Faktycznie, kilka pięter ponad naszym biurem znajdowała się tzw. „kotłownia”. Kotłownia, czyli call center, w którym siedzieli pewni siebie młodzieńcy i namawiali rozmówców do wpłacenia pieniędzy na jakiś rodzaj inwestycji obsługiwany przez platformę tradingową, do której zatrudniająca tłum telemarketerów firma miała dostęp.

Nawiasem, sąsiedztwo kotłowni było nad wyraz przykre. W windach często natykaliśmy się na puste butelki po alkoholu, sprzątaczki narzekały na bałagan i opakowania po dziwnych tabletkach w toaletach. Rozochoceni „doradcy inwestycyjni” ubrani w przyduże garnitury z poliestru i buty z kwadratowymi czubami omal nie pobili jednego z moich kolegów, bo nie spodobał się im sposób, w jaki na nich spojrzał jadąc z nimi windą. Krótko mówiąc – standardy zachowań, których spodziewałbyś się raczej w sobotę nad ranem, pod koniec imprezy w jednym z mniej ekskluzywnych lokali na Mazowieckiej, a nie we wtorkowy poranek w pachnącym nowością szklanym biurowcu koło Ronda ONZ, w biznesowym centrum Warszawy.

***

Skąd ten przydługi wstęp? Chciałem przybliżyć Wam, z kim macie do czynienia po drugiej stronie, gdy podniesiecie słuchawkę i usłyszycie w niej głos przekonujący do niezwykłego dealu, na którym zarobicie setki procent w kilka tygodni. NIE SĄ to profesjonaliści z rynku finansowego, NIE MA żadnego dealu. Prawdę mówiąc, wiele lat pracowałem na rynku finansowym i wszystkie dobre interesy, o których słyszałem, były dobre przede wszystkim dla tego, kto je proponował 😊

No dobrze, ale co konkretnie proponują firmy, o których rozmawiamy?

Jeśli przebijemy się przez marketingową otoczkę, zwykle okazuje się, że proponują zakup instrumentu typu CFD (contract for difference, czyli kontrakt na różnicę [w cenie]). Przekładając na bardziej zrozumiały język, jest to zakład zawarty z brokerem o to, czy cena jakiegoś dobra (waluty, surowca, akcji) wzrośnie. Za zawarcie tego zakładu broker pobiera wynagrodzenie, czyli spread. Jeśli dobrze się zastanowić, przypomina to zakłady bukmacherskie i inne formy hazardu.

Dlaczego hazardu? Przecież przewiduje się, jak będą się kształtowały ceny akcji lub walut! Na studiach na makroekonomii przecież mówili, że jak rośnie inflacja, to waluta się osłabia!

Owszem. Ale wszelkie przewidywania (pomijam fakt, że wszelkie przewidywania są niepewne, a zwłaszcza te dotyczące przyszłości) mają sens w średnim i długim terminie. Faktycznie, wzrost oczekiwań inflacyjnych w dłuższym czasie prawdopodobnie doprowadzi do osłabienia waluty (to proste: jeśli spodziewasz się, że złotówka będzie tracić na wartości, zaczynasz trzymać oszczędności w euro). Ale kontrakty CFD nie obejmują długiego terminu. Ba, nie obejmują również średniego ani krótkiego terminu. Czas, w którym zmiany ich wartości pochłoną zainwestowany kapitał liczy się w dniach (w dobrym wypadku) lub nawet w godzinach.

Dlaczego?

Dźwignia. Dźwignia to taki mechanizm, który pozwala obracać większym kapitałem niż rzeczywiście wpłacony. Na platformach tradingowych używanych do kontraktów CFD dźwignia wynosi nawet 1:200. Czyli? Wpłacasz 1000 zł, a obracasz 200.000 zł. Jeśli kurs instrumentu zmieni się o 0,5% w przeciwną stronę, niż obstawiłeś (a to naprawdę niewiele, takie zmienności obserwuje się chociażby na codziennych notowaniach spółek giełdowych), tracisz (0,5% * 200.000 zł = 1000 zł). CAŁY ZAINWESTOWANY KAPITAŁ. Od 1 sierpnia 2019 r. KNF zakazał stosowania dźwigni wyższej niż 1:100 – sam jestem ciekaw, czy kotłownie wzięły sobie do serca nową regulację.

Wszystko rozumiem. Ale i tak mam przecież 50% szans na zarobek, przecież cena albo wzrośnie, albo spadnie!

Nie do końca. Tutaj w grę wchodzi spread. Czyli – broker kupi od Ciebie akcję za 98, ale sprzeda Ci ją za 102. Aby zarobić na zawartym kontrakcie, cena musi zmienić się o więcej niż o spread. A dodajmy, że niektórzy brokerzy drobnym druczkiem zapisują w umowach, że spread może zmieniać się w czasie rzeczywistym. Nie przypomina Wam to ruletki? Kasyno wygrywa, gdy wypadnie „0”, ale w trakcie gry może do koła dodać więcej pól „0”. Nie zapominajmy też o prowizji, którą płacisz od każdej transakcji. Czyli – w plecy jesteś już na starcie, nawet kiedy cena nie zmieniła się ani o jeden punkcik bazowy.

Podobieństw do kasyna jest zresztą więcej. Uderzyło mnie to szczególnie mocno wtedy, gdy w czasie swojej pracy miałem okazję analizować biznesplan platformy tradingowej, a jakiś czas później firmy oferującej zakłady bukmacherskie. Model generowania zysków był praktycznie identyczny – wydajemy dużo pieniędzy na marketing, żeby przyszło dużo klientów. A kiedy przyjdą, statystyka jest już po naszej stronie, bo większość klientów straci pieniądze. A skoro klient straci, to my je zarobimy, zakłady to gra o sumie zerowej (no, prawie… bo przecież jest jeszcze prowizja od każdej transakcji, więc dla klienta suma nie jest zerowa, lecz ujemna). Nie przypominają Wam się kampanie promocyjne wiodącej platformy tradingowej, w których można było wygrać luksusowy samochód? Uwierzcie – bardzo opłacało im się wydać te marne 200.000 zł, żeby potem zarobić miliony na nowych klientach.

Czyli wszyscy tracą? To oszustwo!

Nie wszyscy. Tak samo, jak niektórzy wygrywają u bukmachera czy w kasynie. Ci, którzy umieją grać, mają nieco większe szanse od laików. To nie jest to oszustwo w rozumieniu kodeksu karnego. Ale na pewno nie jest to też sposób na inwestowanie i pomnażanie majątku.

Co zapamiętujemy z tego wpisu? Nigdy nie wpłacamy ani złotówki „profesjonalistom z międzynarodowych instytucji finansowych”, którzy dzwonią z nieznanego numeru i opowiadają o świetnej okazji inwestycyjnej! Forex, bo głównie o tym rynku jest mowa w tym wpisie, to naprawdę bardzo ryzykowne miejsce na ulokowanie swoich środków. Według danych KNF (link), ok. 80% inwestorów grających na tym rynku, ponosi straty. Na pewno nie zaczynajmy naszej przygody z oszczędzaniem i rynkami kapitałowymi od tego rynku. Istnieje wiele bezpieczniejszych rozwiązań, o których będziemy pisać wkrótce.

Jak nie oszczędzać?

Nie bądź jak Sknerus McKwacz, oszczędzaj mądrze!

Wiemy już, gdzie szukać oszczędności w czasie kryzysu. Ale każdy sportowiec wie, że trudniej jest korygować błędne nawyki, niż uczyć się czegoś od nowa. Dlatego zanim będziemy rozwijać to, jak oszczędzać, przedstawimy kilka zasad, jak tego nie robić. Oszczędzać bowiem można zarówno mądrze, jak i głupio.

Zasada 1: Nie oszczędzamy na zdrowiu

Po pierwsze, oszczędzanie nie może odbijać się na naszym zdrowiu. Zatem, tak, spożywając jedynie ziemniaki z chlebem, można sporo zaoszczędzić na jedzeniu, ale negatywnie odbije się to na naszym zdrowiu. A nam chodzi o to, aby być bogatymi obywatelami świata, a nie bogatymi obywatelami szpitali (zwłaszcza obecnie). Zresztą, wydatki na leczenie szybko uszczupliłyby ewentualnie odłożony majątek. Bogacenie nie może odbywać się kosztem zdrowia, bo to oznaczałoby, że zdobywamy zasoby materialne kosztem zasobów witalnych. Nie dość, że trudno mówić tutaj o zwiększaniu naszych zasobów netto, to jeszcze zamieniamy zdrowie, które jest nieskończenie cenne i często nie do naprawienia, na zasoby materialne, które ostatecznie zawsze można zdobyć na nowo.

Oczywiście, nie znaczy to, że nie istnieje potencjał do rozsądnego cięcia wydatków w szeroko rozumianej sferze zdrowia. Nie musimy przecież kupować mnóstwa suplementów diety – zresztą większość z nich (może poza witaminą D) to ściema. Nie musimy kupować „ekożywności”, która w wielu przypadkach jest „eko” tylko z nazwy, za to wysokie marże są prawdziwe. Nie musimy wykupywać kompleksowych badań medycznych na 30-tkę czy 35-tkę – tylko te najistotniejsze w naszej sytuacji. Może czasem – gdy sprawa nie jest pilna – możemy iść do lekarza w ramach NFZ-u zamiast prywatnie za 150 zł.

Ale co do zasady: na zdrowiu nie oszczędzamy. Zasoby witalne – zwłaszcza w kontekście coraz dłuższego życia są jednymi z naszych najcenniejszych aktywów. Dlatego musimy o nie dbać i w nie inwestować. Bo tylko wtedy będziemy produktywni w długim terminie. A mówiąc drastycznie, aby każdy zapamiętał zasadę: do bogactwa nie możemy iść po trupach.

Zasada 2: Nie oszczędzamy na innych

Po drugie, oszczędzanie nie może odbijać się negatywnie na naszych relacjach z innymi. Nie odwiedzając rodziców, możemy zaoszczędzić na kosztach transportu, ale negatywnie odbije się to na naszych relacjach z rodziną. Musimy dbać nie tylko o nasze zasoby witalne, ale także o nasze zasoby relacyjne. Według badań udane relacje z innymi osobami są jednym z głównych czynników szczęśliwego życia. A nam zależy na tym, abyście nie tylko byli bogaci, ale także szczęśliwi. Majątek ma Wam pomagać, a nie przeszkadzać w osiąganiu szczęścia. Dlatego jak narzeczona ma urodziny, nie marudź już na koszta, tylko zabierz ją do kina. Gdy rodzina albo przyjaciel, ma problemy – rozbijaj świnię i pomagaj – po to też oszczędzasz, aby być oparciem dla najbliższych w potrzebie.

            Ale, trzeba być tutaj ostrożnym. Wielu ludzi będzie Was bowiem odciągać od oszczędzania. Będą wyśmiewać to podejście i namawiać do większej rozrzutności – częściowo w dobrej wierze, ale częściowo też z zawiści, że może udać wam się wybić do bogactwa – ważne tutaj odnalezienie złotego środka. Nie chodzi tutaj, aby nie kupować dziecku zabawek. Ale może czterolatek nie potrzebuje jeszcze Iphone’a, co? Nie chodzi tutaj, aby w ogóle nie wychodzić na piwo ze znajomymi. Ale nie musicie za każdym razem chodzić na krafty za 15 zika za pół litra, prawda? Może też być tak, że Wasza partnerka bądź partner w ogóle nie podziela celu oszczędzania i preferuje bardzo wystawny tryb życia. Wtedy – cóż, wtedy musicie sprawę bardzo głęboko przemyśleć. Warto pamiętać, że Wasz partner czy partnerka życiowa będą odgrywać kluczową rolę w drodze do finansowej niezależności.

            Ale co do zasady: oszczędzanie ma doprowadzić do finansowej niezależności. A finansowa niezależność ma między innymi służyć temu, że będziesz mógł zapewnić dobrobyt swoim najbliższym – nieważne, czy będziesz pracował czy nie. Posiadając dochód pasywny, będziesz mógł też poświęcić się działalności charytatywnej czy społecznej na rzecz innych. Oszczędzasz nie po to, aby jak Sknerus McKwacz taplać się w złotych monetach dla egoistycznej przyjemności, ale aby zapewnić finansowe bezpieczeństwo rodzinie czy po prostu móc zmieniać świat naprawdę na lepsze zamiast wklejać formuły do excela w korpo. Byłoby zatem głupio, aby w drodze do tego celu cierpieli inni, albo abyś na przykład oszczędzał na rozmowach telefonicznych z rodzeństwem.   

Zasada 3: Nie bądź sknerą

Co, jak mamy oszczędzać, nie będąc sknerą? Bardzo prosto. Po prostu skup się na największych pozycjach wydatkowych. Mówi o tym zasada Pareto, zwana też zasadą 80/20. Chodzi w niej o to, że 20% pozycji wydatkowych generuje 80% twoich wydatków. Anglicy mówią w tym kontekście: do not be penny wise, pound stupid. Dokładnie o to chodzi. Dlatego nie skupiaj się na drobiazgach, ale zaatakuj największe kobyły kosztowe. U różnych ludzi sytuacja będzie wyglądać inaczej, ale najprawdopodobniej będą to koszty mieszkania, koszty transportu i wydatki na jedzenie. Co z tego, że zamienisz kąpiele na prysznice albo będziesz miał krótsze prysznice czy mył się zimniejszą wodą i zaoszczędzisz w skali miesiąca kilka złotych, gdy cały czas będziesz mieszkał w nieefektywnej spółdzielni mieszkaniowej w centrum Warszawy i płacił horrendalnie wysoki czynsz, podczas gdy w sumie i tak pracujesz zdalnie i nie lubisz zgiełku miasta. Co z tego, że ustawisz w lodówce temperaturę o stopień wyższą i zaoszczędzisz kilka złotych na prądzie, gdy wciąż będziesz posiadał paliwożerne auto, na które będziesz wydawał tysiaka miesięcznie. Nie mówimy, by nie dokonywać drobnych optymalizacji, ale nie osiągniesz w ten sposób majątku ani radykalnie nie poprawisz swojego budżetu. Warto je robić, i z psychologicznego punktu widzenia sukcesy w drobnych sprawach mogą być bardzo motywujące. Ale największe efekty osiągniesz zabierając się za największe pozycje wydatkowe. Miałem kiedyś znajomego, który nie zapalał światła, gdy wchodził do danego pomieszczania na krócej niż 30 sekund, który spuszczał wodę w toalecie co drugie użycie, i który gasił silnik dojeżdżając do świateł. I wiecie co? Majątku się nie dorobił, a był upierdliwy i nie do życia. Zatem, raz jeszcze, nie twierdzimy, że nie warto optymalizować drobnych wydatków, ale celem oszczędzania jest osiągnięcie finansowej niezależności, nie zatruwanie życia sobie i innym. Zidentyfikuj 20% pozycji, na które wydajesz 80% forsy i uderz w nie – to po prostu będzie najbardziej efektywne podejście.

Zasada 4: Nie oszczędzamy kosztem naszego czasu

Po czwarte, oszczędzanie nie może odbijać się negatywnie na naszym czasie. Przecież czas jest tak naprawdę naszym najcenniejszym zasobem. Pieniądze można zarobić na nowo, ale czas przepada bezpowrotnie. Dlatego korzyści z cięcia wydatków nie mogą przekroczyć kosztu poświęconego na oszczędności czasu. Przykładowo, jeśli jest promocja na kurczaka w hipermarkecie na drugim końcu miasta, w wyniku czego zaoszczędzisz 10 zł, ale poświęcisz na dojazd i zakupy godzinę czasu (a jeszcze przecież paliwo!), to prawdopodobnie nic nie zaoszczędziłeś, ale straciłeś na całej operacji. Oczywiście, wszystko zależy od kosztu twojego czasu (jak ją obliczyć wytłumaczymy w przyszłym wpisie) – dlatego powinieneś mieć zawsze pewną wartość szacunkową z tyłu głowy i porównywać z nią korzyści z oszczędzania. Mogą bowiem okazać się pozorne. Dobrym przykładem jest gotowanie w domu. Jeśli jesteś studentem, który nie pracuje, to gotując w domu zamiast stołować się w knajpach możesz sporo zaoszczędzić – zwłaszcza jeśli gotujesz dla kilku osób albo posiłki na kilka dni z rzędu. Jeśli jednak jesteś dziennikarzem i w ciągu godziny możesz napisać artykuł za 100 zł, to gotowanie w domu niekoniecznie będzie dla ciebie korzystne finansowo, bo raczej nie oszczędzić na kosztach posiłku więcej niż wynosi koszt utraconego dochodu.

            Koszt czasu jest to w dużej mierze sprawa subiektywna, ale co do zasady oszczędzając, musisz pamiętać o kosztach alternatywnych. A podstawowym kosztem alternatywnym różnych działań mających na celu oszczędzanie jest Twój czas. Który jest bardzo cenny. Dlatego dziękujemy, że przeczytałeś ten wpis! Podziel się przemyśleniami w komentarzach!

Prywatna tarcza antykryzysowa – gdzie szukać oszczędności?

Pomysł na tego bloga dojrzewał u nas od kilku miesięcy. Pierwsze teksty zaczynaliśmy pisać już wtedy. Mieliśmy przemyślane, jak zaczniemy, które teksty pojawią się najpierw, a które później. Jednak w międzyczasie świat się zmienił. Pandemia, oprócz oczywistych konsekwencji zdrowotnych i społecznych, będzie też miała skutki ekonomiczne (tutaj i tu odsyłam do tekstów Arkadiusza, który temat opisywał od samego początku).

Co to ma wspólnego z finansami osobistymi? Wszystko. Kryzys gospodarczy, który nieuchronnie wystąpi w najbliższych miesiącach, będzie oznaczał dla wielu z nas zmiany – zwykle zmiany na gorsze. Nie dostaniemy podwyżki, na którą liczyliśmy, nasze wynagrodzenie zostanie obniżone, być może stracimy pracę. Dlatego, zamiast pisać o oszczędzaniu na emeryturę i gromadzeniu kapitału, skupimy się najpierw na tym, co choć nieprzyjemne, może okazać się niebawem niezbędne. Tniemy koszty.

Ale ja nie mam z czego ciąć! Pewnie wielu z Was tak pomyślało. Na pewno? Przejrzyjmy zatem pozycje, które potrafią niepostrzeżenie zjeść każdy, nawet całkiem pokaźny, domowy budżet. Wiadomo, że warto zacząć od tych największych, aby nasze działania były efektywne. Dla większości z nas to opłaty za mieszkanie, samochód, żywność, odzież. O ile zmiana mieszkania na takie, które generuje niższe koszty nie jest bardzo szybka ani łatwa, to w pozostałych kategoriach możemy śmiało zacząć działać:

  1. Odsetki od pożyczek. Szczególnie zjadliwe są tutaj chwilówki. Jeśli masz z czego – spłać je czym prędzej, bo będą drenować Twój budżet jeszcze przez długie miesiące! O chwilówkach (i o tym, dlaczego korzystanie z nich to zły pomysł) przeczytacie w tekście za kilka dni.
  2. Opłaty stałe. Nie, nie chodzi mi o to, żebyś przestał płacić za prąd (choć nie zaszkodzi puszczać pranie dopiero wtedy, kiedy kosz się zapełni, czy wyłączać telewizor, gdy nic akurat nie oglądasz). Zastanów się, ile niewielkich abonamentów i subskrypcji masz wykupionych? Netflix? Spotify? Linkedin Premium? Subskrypcja na PlayStation? Karnet na siłownię, na której byłeś trzy razy? Pakiet sportowy w kablówce? Jak często tak naprawdę korzystasz z tych usług? Warto im się przyjrzeć. A naprawdę skutecznym sposobem jest zablokowanie karty kredytowej, której numer podawałeś we wszystkich tych miejscach. A skoro o kartach kredytowych mowa…
  3. Opłaty bankowe. Czy wiesz, ile płacisz miesięcznie za konto? A za kartę do rachunku? A za ubezpieczenie karty kredytowej? Jeśli nie, sprawdź czym prędzej. Kiedy sprawdziłem te koszty u siebie jakiś czas temu, zmieniłem w ciągu miesiąca bank i zaoszczędziłem kilkaset złotych rocznie.
  4. Drobne wydatki na mieście. W czasie narodowej kwarantanny ta pozycja wykasuje się samoistnie. Kiedyś jednak prawdopodobnie wrócimy do bardziej lub mniej normalnego życia. Wtedy warto zwrócić uwagę na takie pozycje, jak kawa w Starbucksie czy innej Costa Coffee (niezbyt smaczna według mnie, za to droga – każda wizyta to minimum kilkanaście złotych; a przecież niektórzy zaglądają do kawiarni codziennie w drodze do pracy!), kanapki w piekarniach lub u dostawców cateringu (moim klientem była kiedyś duża sieć piekarni; kanapki to najwyżej marżowe produkty w ich asortymencie), cola z automatu. Nie zrozumcie mnie źle – nie mówię, że powinieneś zemdleć z głodu w autobusie, byle tylko nie kupić kanapki za 7 zł. Mówię za to, że jeżeli codziennie w drodze do pracy kupujesz kanapkę za 7 zł i kawę za 15 zł, to w ciągu miesiąca wydajesz już kilkaset złotych. Gdybyś śniadanie zjadł w domu, wyszłoby o wiele taniej. Wydatki na drobnostki są zdradliwe z dwóch powodów: pojedynczo są niskie (więc nie odczuwasz ich wpływu na swój portfel), a dodatkowo nie przynoszą trwałej satysfakcji (więc nie masz wrażenia, że poprawiłeś swoją sytuację długoterminową). Gdybyś te 400 zł wydane w ciągu miesiąca na kawę i bułkę przeznaczył na jedno wyjście do dobrej knajpy na stek i wino, zapewne pamiętałbyś to wydarzenie znacznie dłużej i miał z niego o wiele więcej satysfakcji.
  5. Przegląd posiadanych rzeczy. I sprzedaż tych, których nie używasz, a czasem nawet już nie pamiętasz, że je masz. Do budżetu wpadnie kilka złotych, a przy okazji oszczędzisz sporo miejsca w szafach. Gdy planowaliśmy przenieść się do naszego obecnego mieszkania, zrobiliśmy wcześniej całkiem pokaźną wystawę na znanym portalu z ogłoszeniami. O dziwo, prawie wszystko znalazło nabywcę (nawet stara lornetka!), a my mieliśmy przynajmniej jeden kurs mniej przy przeprowadzce.
  6. Samochód. Temat – rzeka. Jeśli już go masz i generuje wysokie koszty – być może staniesz w obliczu decyzji o jego zmianie na bardziej ekonomiczny model. O samochodach również porozmawiamy w osobnym wpisie.
  7. Imprezy. Tutaj już wiele zależy od Twoich indywidualnych preferencji i stylu spędzania czasu. Wiem po prostu, że w tej pozycji bardzo łatwo stracić kontrolę, zwłaszcza jeśli obracasz się w mocno imprezowym kręgu znajomych. Słyszałeś pewnie opowieści o piłkarzach i celebrytach wydających setki tysięcy złotych w jeden wieczór? Na mniejszą skalę uda się to zrobić każdemu – kilka drinków czy szampan (przecież nie tylko dla siebie, ale też dla koleżanek!) w odpowiednio modnej knajpie – i już portfel chudnie o kilkaset złotych.
  8. Wakacje. Teraz na szczęście nie mamy tego problemu, bo spędzimy je wszyscy w domach! 😊 Kiedy jednak epidemia ustanie, to przy planowaniu wypoczynku przestrzeń do zwiększenia lub ograniczenia wydatków jest naprawdę duża. Kiedyś podpytywałem mojego bardziej rozrzutnego kolegę o plan wyprawy do Azji Południowo-Wschodniej. Pokazał mi excela, gdzie zapisywał wszystkie wydatki, żeby rozliczyć wyjazd ze swoimi znajomymi. Kwota mnie nieco zaszokowała. Gdy później wróciłem z bliźniaczo podobnej wyprawy, okazało się, że wydałem połowę mniej. Loty kosztowały nas identycznie. Czym zatem się różniliśmy? Właściwie… wszystkim innym. My zamiast w sieciowych hotelach, spaliśmy w lokalnych pensjonatach, wyszukiwanych zresztą na miejscu. Zamiast taksówek, korzystaliśmy z rozklekotanych autobusów z niedomykającymi się drzwiami. Zamiast drinków w beach barze, popijaliśmy mleko kokosowe z orzechów sprzedawanych przy ulicach. Miałem wrażenie, że nie bawiliśmy się ani odrobinę gorzej, za to doświadczyliśmy więcej interakcji z lokalnymi mieszkańcami, a nasze opowieści z podróży były nieco barwniejsze niż jedynie narzekanie na temperaturę wody w hotelowym basenie.
  9. Odzież. Nie będziemy udawali, że znamy się na modzie i okazyjnych zakupach ciuchów. Możemy doradzić jedno. Galerie handlowe od kilku tygodni są zamknięte. Sieciowe sklepy, zwłaszcza polskie, walczą o przetrwanie i ratują płynność finansową. Właśnie w tej chwili jest dobry moment na większe zakupy, oczywiście przez internet. Gdybym jeszcze pracował w doradztwie, pewnie do tej pory kupiłbym już ze dwa garnitury – na szczęście nie noszę ich już prawie wcale. A co po epidemii? Recepty są proste i mało odkrywcze: outlety, sklepy z odzieżą używaną, zakupy podczas wyprzedaży sezonu (zwykle styczeń i lipiec). No i oczywiście pewien minimalizm przy zakupach.
  10. Zakupy spożywcze. To naprawdę ostatnia kategoria, w której należy szukać oszczędności. To, co jemy, wpływa bezpośrednio na nasze zdrowie. A ono w czasie pandemii jest naprawdę najważniejsze. Jedyne, co można tutaj zasugerować – może warto kupić większy zapas produktu podczas promocji? Pomoże nam to również uniknąć walk o cukier i papier toaletowy, których całkiem niedawno byliśmy świadkami, a może i uczestnikami. Co jeszcze? Na pewno warto zrezygnować, a przynajmniej ograniczyć fast food i używki. Nie dość, że drenują portfele, to oprócz oczywistego niekorzystnego wpływu na nasze zdrowie, mogą stanowić dodatkowy czynnik ryzyka przy zachorowaniu na Covid-19 (więcej informacji na przykład tutaj: https://www.globalhealthnow.org/2020-03/hold-quarantinis-alcohol-and-novel-coronavirus-might-not-mix).

Czy macie jeszcze jakieś pomysły na rozsądne oszczędności w domowym budżecie? Podzielcie się nimi w komentarzach!